Reklama

Za Atlantykiem może dobrze się dzieje, a może jednak źle?

Kłopoty z liczeniem mają w USA nie tylko statystycy rządowi. A przecież dane odpowiednio zinterpretowane w mediach potrafią o 180 stopni odwrócić sytuację na parkietach od Nowego Jorku po Moskwę

Publikacja: 17.10.2007 09:36

Trudno byłoby chyba znaleźć obecnie eksperta, który zaprzeczy, że koniunktura na światowych giełdach w najbliższych miesiącach będzie zależeć głównie od formy Stanów Zjednoczonych. Gdy kryzys na tamtejszym rynku nieruchomości pozostanie tylko kryzysem na rynku nieruchomości - będzie znaczyło, że zagrożenie recesją w całej amerykańskiej gospodarce także pozostanie jedynie zagrożeniem, a nie brutalną rzeczywistością. Wówczas dalsza hossa - nie tylko na Wall Street - będzie możliwa. Gdy jednak kryzys przeleje się na inne sektory - wtedy i recesję, i bessę mamy gotową.

Nie dziwi więc, że tak wielką uwagę przykłada się teraz do najmniejszych nawet strzępów informacji ekonomicznych napływających zza Atlantyku. Odpowiednio zinterpretowane w mediach, w jednej minucie potrafią o 180 stopni odwrócić sytuację na parkietach od Nowego Jorku po Moskwę (te dalej na Wschód zazwyczaj już śpią i reagują dopiero nazajutrz).

Bodaj najwięcej zamieszania było ostatnio z danymi z rynku pracy. Najpierw statystycy raportowali, że sierpień przyniósł w USA pierwszą od kilku lat redukcję liczby etatów - trudno o lepszy zwiastun nadciągającej recesji - by po miesiącu sprostować, że o żadnym zwalnianiu pracowników jednak nie ma mowy, a etaty powstają w tempie wcale nie wolniejszym, niż jeszcze przed wakacyjną zawieruchą kredytową. Pomyłka? Manipulacja? Pojawiły się różne przypuszczenia, pomimo oficjalnych wyjaśnień, że różnice wzięły się z niemożności dokładnego policzenia nauczycieli, przyjmujących oferty pracy tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Przypuszczenia poniekąd były uzasadnione, bo ta spora liczba nieuwzględnionych pierwotnie belfrów dla wielu inwestorów oznaczała istotną zmianę w grubości portfela.

Okazuje się, że kłopoty z liczeniem mają w USA nie tylko statystycy rządowi. A rzecz dotyczy danych niemniej istotnych, niż liczba etatów, bo związanych z rynkiem mieszkaniowym. Dlaczego są to dane obecnie bardzo istotne, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Wprawdzie gdyby w amerykańskich nieruchomościach nadal panowała dobra koniunktura, nikt nie zaprzątałby sobie nimi głowy, ale że jest inaczej, informacje o tzw. foreclosures - bo o nich tutaj mowa - stały się ostatnio bardzo popularne.

Foreclosure to w skrócie procedura zajęcia nieruchomości wskutek niespłacenia rat kredytów hipotecznych. Dane na ten temat podaje m.in. prywatna kalifornijska firma RealtyTrac, założona 11 lat temu, która równocześnie służy jako źródło informacji o zajętych domach dla ich potencjalnych przyszłych nabywców. Już od początku roku dochodziły z tej firmy wieści niemal hiobowe - rynek dowiadywał się, że liczba foreclosures z miesiąca na miesiąc idzie skokowo w górę, a w skali roku wzrosła niemal o sto procent. W dużej mierze właśnie dane dotyczące foreclosures legły u podstaw paraliżu, jaki dotknął amerykański, a potem światowy rynek kredytowy na początku wakacji.

Reklama
Reklama

Danym RealtyTrac, już wcześniej kwestionowanych przez niektórych ekspertów, przyjrzała się teraz jedna z amerykańskich gazet - "The Atlanta Journal-Constitution", ukazująca się w Atlancie i części stanu Georgia. Co się okazało? Jak czytamy w piątkowym artykule (dostępny w internecie), lipcowe dane dotyczące tego właśnie stanu są istotnie zawyżone, bo wśród 12,6 tys. przypadków foreclosures aż 2 tys. było policzonych podwójnie. Wezwani do tablicy eksperci RealtyTrac policzyli wszystko raz jeszcze i wyszło, że zamiast o 75 proc., liczba foreclosures w Georgii wzrosła w lipcu w stosunku do czerwca jedynie o 14 proc. Zamiast w czarnych barwach, rzeczywistość malowała się więc co najwyżej w bladych odcieniach szarości.

Jak rzecz się miała z danymi z całych USA, na których opierał się w debatach Kongres, a przy decyzjach w sprawie stóp Rezerwa Federalna? Można tylko przypuszczać, że pomyłki w dół i w górę skonsumowały się nawzajem i sumaryczne dane nie mijały się z prawdą zbyt mocno.Niewiele mniejsze wątpliwości dotyczą też informacji o cenach domów, które ze względu na różnice w metodologii spadały ostatnio albo o 3,9 proc. w skali roku (zgodnie ze wskazaniami indeksu S&P/Case-Shiller), albo o ponad połowę mniej (według NAR, Narodowego Stowarzyszenia Pośredników w Handlu Nieruchomościami).

Każdy inwestor woli podejmować decyzje w oparciu o informacje, co do których wiarygodności i rzetelności może mieć pewność. Jeśli więc amerykańska statystyka wciąż będzie płatać podobne figle, gra na giełdzie coraz bardziej zacznie przypominać totolotka.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama