Trudno byłoby chyba znaleźć obecnie eksperta, który zaprzeczy, że koniunktura na światowych giełdach w najbliższych miesiącach będzie zależeć głównie od formy Stanów Zjednoczonych. Gdy kryzys na tamtejszym rynku nieruchomości pozostanie tylko kryzysem na rynku nieruchomości - będzie znaczyło, że zagrożenie recesją w całej amerykańskiej gospodarce także pozostanie jedynie zagrożeniem, a nie brutalną rzeczywistością. Wówczas dalsza hossa - nie tylko na Wall Street - będzie możliwa. Gdy jednak kryzys przeleje się na inne sektory - wtedy i recesję, i bessę mamy gotową.
Nie dziwi więc, że tak wielką uwagę przykłada się teraz do najmniejszych nawet strzępów informacji ekonomicznych napływających zza Atlantyku. Odpowiednio zinterpretowane w mediach, w jednej minucie potrafią o 180 stopni odwrócić sytuację na parkietach od Nowego Jorku po Moskwę (te dalej na Wschód zazwyczaj już śpią i reagują dopiero nazajutrz).
Bodaj najwięcej zamieszania było ostatnio z danymi z rynku pracy. Najpierw statystycy raportowali, że sierpień przyniósł w USA pierwszą od kilku lat redukcję liczby etatów - trudno o lepszy zwiastun nadciągającej recesji - by po miesiącu sprostować, że o żadnym zwalnianiu pracowników jednak nie ma mowy, a etaty powstają w tempie wcale nie wolniejszym, niż jeszcze przed wakacyjną zawieruchą kredytową. Pomyłka? Manipulacja? Pojawiły się różne przypuszczenia, pomimo oficjalnych wyjaśnień, że różnice wzięły się z niemożności dokładnego policzenia nauczycieli, przyjmujących oferty pracy tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Przypuszczenia poniekąd były uzasadnione, bo ta spora liczba nieuwzględnionych pierwotnie belfrów dla wielu inwestorów oznaczała istotną zmianę w grubości portfela.
Okazuje się, że kłopoty z liczeniem mają w USA nie tylko statystycy rządowi. A rzecz dotyczy danych niemniej istotnych, niż liczba etatów, bo związanych z rynkiem mieszkaniowym. Dlaczego są to dane obecnie bardzo istotne, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Wprawdzie gdyby w amerykańskich nieruchomościach nadal panowała dobra koniunktura, nikt nie zaprzątałby sobie nimi głowy, ale że jest inaczej, informacje o tzw. foreclosures - bo o nich tutaj mowa - stały się ostatnio bardzo popularne.
Foreclosure to w skrócie procedura zajęcia nieruchomości wskutek niespłacenia rat kredytów hipotecznych. Dane na ten temat podaje m.in. prywatna kalifornijska firma RealtyTrac, założona 11 lat temu, która równocześnie służy jako źródło informacji o zajętych domach dla ich potencjalnych przyszłych nabywców. Już od początku roku dochodziły z tej firmy wieści niemal hiobowe - rynek dowiadywał się, że liczba foreclosures z miesiąca na miesiąc idzie skokowo w górę, a w skali roku wzrosła niemal o sto procent. W dużej mierze właśnie dane dotyczące foreclosures legły u podstaw paraliżu, jaki dotknął amerykański, a potem światowy rynek kredytowy na początku wakacji.