Poważne wyzwania stanęły przed Radą Polityki Pieniężnej. Dawno już minęły czasy, kiedy dość spokojnie można było patrzeć na rozwój sytuacji i generalnie nie robić nic. Problemy się nie piętrzyły, gospodarka się rozwijała, ale spokojnie, pensje nie rosły znacząco. Zmieniały się ceny ropy na rynkach światowych, na skutek czynników kompletnie od nas niezależnych, oraz ceny żywności, bo była susza, powódź albo przymrozki, na co już w ogóle wpływu nie mamy. I tyle. Inflacja była pod kontrolą.
Problemy pojawiły się wtedy, gdy gospodarka zaczęła się rozwijać naprawdę szybko. Usłyszeliśmy głosy, że natychmiast trzeba podnosić stopy procentowe, a nawet, że już może być za późno. Rada jednak pozostawała niewzruszona do końca pierwszego kwartału 2007 roku. Z dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że się nie myliła, minął już bowiem czas, kiedy coś złego powinno nastąpić, gdyby w 2006 roku popełniono błąd. Inflacja wciąż jest niska. Wzrosła co prawda wyraźnie we wrześniu, ale znowu na skutek zmian na rynku żywności, nie zaś z powodu tego, że rzuciliśmy się do sklepów.
W drugim kwartale 2007 roku RPP dała jednak mocny sygnał, że procesy idą w stronę, która może w przyszłości doprowadzić do wyraźniejszego wzrostu inflacji. Podstawowym powodem decyzji o podwyżkach stóp był, jak się wydaje, rozdźwięk pomiędzy wzrostem wynagrodzeń, a wzrostem wydajności pracy. Poza tym znacząco rosła wartość zaciągniętych kredytów. Głównie chodzi tu o kredyty hipoteczne, ale dynamika konsumpcyjnych też była wysoka. Wszystkie te procesy obserwujemy zresztą do dzisiaj.
Rada stopy podnosi, a tu dalej nic. Wciąż nie obserwujemy jakichś znaczących zmian w popytowych składnikach inflacji, czyli w tych, na które polityka monetarna ma teoretycznie wpływ. To znaczy nie obserwujemy zmian negatywnych, których wystąpienie miało być podstawowym powodem podwyżek. Przy czym nie chodzi tu o brak reakcji w wyniku działań Rady, bowiem konsumpcja rośnie znacząco. Cóż więc takiego się dzieje?
Sprzyja nam kilka czynników. Na wielu rynkach obserwujemy wzrost konkurencji, najlepszym przykładem jest tu rynek sprzętu AGD. To hamuje wzrost cen, nawet przy wzroście popytu. W dodatku szalenie pomaga nam kurs walutowy. Z jednej strony pozwala na jeszcze większą konkurencję cenową, z drugiej hamuje wzrost kosztów wytwarzania tym bardziej, że większość importu surowcowego rozliczamy w dolarach. A ten traci do złotego jeszcze bardziej niż euro. Z kolei zaburzenia związane ze znacznym wzrostem płac, ponad wzrost wydajności, nie dają silnych negatywnych bodźców prawdopodobnie dlatego, że nadrabiamy tu dysproporcje ostatnich lat. Wtedy wydajność rosła mocno, pensje zaś minimalnie.