Duże inwestycje w elektrownie wykorzystujące biomasę oraz siłę wiatru i wody zapowiedział rząd w Budapeszcie. W ciągu najbliższych dwóch tygodni nad dokumentem określającym rozwój węgierskiej energetyki do 2020 r. pochyli się parlament.

Zmiany w strukturze źródeł energii będą według rządowej strategii znaczące; wystarczy wspomnieć, że udział energii odnawialnych wzrosnąć ma z obecnych 4 proc. do poziomu 14-16 proc. Mimo wszystko to wciąż nie tyle, ile życzyłaby sobie Bruksela. Zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej, alternatywne źródła pokrywać mają za trzynaście lat jedną piątą potrzeb. Miklos Poos, szef departamentu w ministerstwie gospodarki, stwierdził, że szansa na to, by jego kraj z upływem czasu odpowiednio przyspieszył tempo przemian sektora, jest "bardzo niewielka". Już dziś jednak wiadomo, że Węgry nie będą jedynym państwem, które nie spełni unijnych wymogów.

Za trzy lata łączna moc energetyki odnawialnej nad Dunajem wynosić ma 3,5 tys. gigawatogodzin. Oznacza to wzrost o 75 proc. Na przychylną postawę rządu liczyć mogą przede wszystkim podmioty, które podejmą produkcję elektryczności w oparciu o biomasę. W mniejszym stopniu władze liczą na elektrownie wiatrowe i wodne. To tą branżą najbardziej zainteresowani są europejscy potentaci, tacy jak hiszpańska Iberdrola, czeski CEZ, a także miejscowy Gest-Com.

Rząd uniknął na razie zajęcia stanowiska w sprawie ewentualnej budowy drugiej elektrowni atomowej. Pomysłowi temu sprzeciwia się duża część opinii publicznej oraz prezydent Laszlo Solyom.

bbj.hu, mti