Tak, jak dwa pierwsze spadkowe dni nie przesądzały o tym, że na amerykańskiej giełdzie zakończyła się poprawa koniunktury, tak wczorajsze notowania nie wystarczają, by mówić, że rynek wraca do zwyżkowej tendencji, zapoczątkowanej 27 listopada. Znów nastroje inwestorów są dość wahliwe, co utrudnia wyłowienie tych najważniejszych czynników, którymi "żyje" rynek. Wczoraj inwestorzy wykazywali duży optymizm, którego nie były w stanie zmącić gorszy od spodziewanych wskaźnik ISM, obrazujący aktywność sektora usług w USA, czy znacznie odbiegające w górę od oczekiwań dane o liczbie nowych miejsc pracy w sektorze prywatnym. Te drugie dane to argument przeciwko obniżce stóp procentowych, na którą inwestorzy bardzo mocno liczą. Środek ciężkości rozwoju sytuacji na giełdach powoli przesuwa się w stronę rynku obligacji. Mocny spadek dochodowości długoterminowych obligacji równoważył obniżki prognoz zysków spółek na obecny kwartał. Różnica między stopą zysku dla firm z S&P 500 (stopa zysku to odwrotność wskaźnika cena/zysk) a rentownością 10-latek osiągnęła w ostatnich dniach 1,5 pkt proc.,

co jest wartością niespotykaną od lat. Z jednej strony, taka sytuacja odzwierciedla podwyższone ryzyko inwestycji w akcje w warunkach niepewności o przyszłość amerykańskiej gospodarki. Z drugiej powoduje, że akcje są na tle papierów skarbowych relatywnie bardzo atrakcyjne. Można się tylko zastanawiać, czy ta atrakcyjność nie jest złudna. Gdyby okazało się, że po spadku w III kwartale zysków spółek w USA, także w ostatnich trzech miesiącach tego roku rezultaty się pogorszą, to przewaga akcji nad obligacjami znikłaby. Równocześnie taki sam efekt przyniósłby wzrost dochodowości papierów skarbowych. Na takie zagrożenie wskazują wciąż wysoka inflacja, w efekcie której realna rentowność jest bardzo niska. Jednocześnie pierwszy raz od początków 2004 r. amerykańskie 10-latki oferują niższą rentowność od niemieckich,

co skłania do pozbywania się tych pierwszych.