Wiara w świętego Mikołaja zmienia się wraz z upływającymi latami. Najpierw wierzy się w świętego naprawdę, potem przestaje się wierzyć, ale trzeba udawać wiarę, bo rodzice twierdzą, że Mikołaj przynosi prezenty tylko tym dzieciom, które są grzeczne i w świętego wierzą. A skoro rodzice chcą się nadal upierać, że prezenty kupuje jakiś gość z brodą, a nie oni za wysoko oprocentowane kredyty, to w końcu ich wybór.
Potem nadchodzi czas względnego spokoju, aż zaczynają nam rodzić się własne dzieci i wszystko zaczyna się od nowa. Najpierw z zimną premedytacją wmawiamy smarkaczom, że Mikołaj jednak istnieje, a potem oni z równym wyrachowaniem udają, że w świętego wierzą, byle tylko dalej dostawać prezenty. A przecież cała ta historia z saniami, krasnoludkami i czerwononosym reniferem Rudolfem została wymyślona wyłącznie po to, żeby dzieci były grzeczne, odmawiały modlitwę przed snem, dziewczynki uczyły się wierszyków, a chłopcy spali z rączkami na kołderkach.
Do ubiegłego tygodnia relacje świętego Mikołaja z resztą świata wydawały mi się ostatecznie uporządkowane i jasne. Aż nagle dowiedziałem się, że Święty Mikołaj mimo wszystko istnieje, tylko od jakiegoś czasu zajmuje się przede wszystkim grą na giełdzie. Kiedy przychodzi przełom listopada i grudnia na Wall Street i wszystkich pozostałych giełdach na świecie rozlega się dźwięk dzwonków i pojawiają się sanie, zaprzęgnięte w stadko reniferów. A w nich On we własnej osobie. Święty. W dodatku prawdopodobnie ze sporymi pieniędzmi, bo ceny akcji szczytują, indeksy rosną, byki rozpoczynają taniec godowy, a stare niedźwiedzie zapadają w sen. Rozpoczyna się rajd św. Mikołaja.
Muszę się przyznać, iż byłem dotąd przekonany, że inwestorzy giełdowi to chłodni obserwatorzy trendów na rynkach finansowych, przenikliwi analitycy informacji zawartych w śmiertelnie nudnych raportach spółek giełdowych oraz gracze o kamiennych twarzach pokerzystów i umysłach precyzyjnych jak szwajcarskie zegarki, czyhający na parkietach na dobrą okazję, by zbić majątek. Tymczasem to wszystko nieprawda. Na giełdzie obowiązują te same zasady gry w św. Mikołaja, które mają zastosowanie w rzeczywistości pozagiełdowej (najbardziej zapamiętałych graczy informuję, że taka istnieje).
Niby więc wiadomo, że święty Mikołaj naprawdę nie istnieje, ale raz w roku nawet najbardziej dorośli inwestorzy gotowi są udawać, że w niego wierzą, byle choć przez jeden dzień przedłużających się spadków zrobić sobie "mikołajki" i dostać prezent. Nikt przecież nie ma wątpliwości, że tzw. rajd św. Mikołaja to tylko sztuczne podrasowywanie cen akcji, tak żeby na koniec roku lepiej wypadły wyniki spółek, a ich zarządy i rady nadzorcze mogły wypłacić sobie wyższe premie.