Czwartkowa sesja na Wall Street rozpoczęła się od spadków, choć nie tak panicznych, jak można było się obawiać. Bardzo silny wzrost listopadowej inflacji PPI w USA, która skoczyła o 3,2 proc. m./m. i 7,2 proc. r./r., jest pierwszym namacalnym dla inwestorów potwierdzeniem słów byłego szefa Fedu Alana Greenspana, że skończył się na świecie czas niskiej inflacji. Jest bowiem bardzo prawdopodobne, że wczorajsze dane niosą ze sobą zapowiedź wyższej od oczekiwań, znacznie ważniejszej dla rynków, publikowanej w dniu dzisiejszym inflacji CPI (prognoza: 0,5 proc. m./m. i 3 proc. r./r.). Dla inwestorów ma to o tyle kluczowe znaczenie, że wyższa inflacja znacznie utrudnia dalsze obniżki stóp procentowych przez Fed, co zarówno w połowie sierpnia, jak i pod koniec listopada było podstawowym motorem napędzającym zakupy wcześniej przecenionych akcji. Brak tego paliwa w postaci oczekiwanego w przyszłości łagodzenia polityki monetarnej musi prowadzić do jednego - spadków. Nie tylko inflacja jest obecnie problemem rynku. Znacznie większym problemem jest zaskakujący brak wiary w to, że Fed zdoła uratować giełdy. Pierwszym sygnałem zmieniającej się postawy inwestorów była wtorkowa gwałtowna wyprzedaż na Wall Street po obniżce stóp procentowych w USA. Wówczas można było to zachowanie jeszcze traktować jako zwykłą, chociaż gwałtowną realizację zysków. Środowa sesja, kiedy amerykańskim inwestorom nie udało się utrzymać indeksów na początkowych dużych plusach, pokazała jednak, że to coś więcej niż realizacja zysków. Podjęte bowiem właśnie w środę przez czołowe banki centralne wysiłki zmierzające do zwiększenia płynności na rynkach finansowych nie wywołały tak dużych emocji jak dotychczas. Naboje wystrzeliwane przez Fed mają więc coraz mniejszą siłę rażenia. I co gorsza, tych naboi jest coraz mniej. Stąd może być już tylko krok do przyjęcia przez inwestorów tezy, że duże wysiłki banków centralnych oznaczają, iż rynki finansowe znalazły się na krawędzi. Wówczas mało kto będzie chciał kupić akcje.