Warszawska giełda w dalszym ciągu pozostaje przede wszystkim pod wpływem globalnych wydarzeń. Jest jednak jeden czynnik, znacząco oddziałujący na wyobraźnię inwestorów. To listopadowe odpływy z funduszy inwestycyjnych. Choć można było się ich spodziewać, obserwując przedłużający się okres kiepskich stóp zwrotu w ostatnich miesiącach, a w wielu głosach słychać było, że mogło być gorzej, to trudno jednak zanegować negatywny wpływ na koniunkturę decyzji oszczędzających w funduszach.
Potwierdza się też to, że wyzwaniem dla podmiotów akcyjnych staje się rosnąca atrakcyjność bezpiecznych form inwestowania, takich jak obligacje czy fundusze pieniężne.
Wyniki funduszy niepokoją
Najbardziej wymowne jest to, że od czterech miesięcy 3-miesięczna zmiana indeksu WIG praktycznie nieustannie jest ujemna. To oznacza, że kupujący akcje od połowy maja do połowy września na nich nie zarabiali. Indeks WIG można też traktować jako przybliżenie wyników funduszy akcyjnych. W związku z tym uzasadnione jest również przypuszczenie, że nikt z nabywających jednostki udziałowe takich podmiotów nie jest zadowolony z takiej decyzji. To zaś oznacza zagrożenie utrzymywaniem się niekorzystnego bilansu napływu i odpływu środków z funduszy akcji.
Ta sprawa jest sporym kłopotem przy ocenie rynku. Branża funduszy zmienia się zbyt dynamicznie, by można mówić o obowiązujących zasadach zachowania inwestorów. To stanowi dodatkowy czynnik ryzyka. Jednocześnie trudno rozstrzygnąć, w jakim stopniu na giełdę oddziałuje realna podaż ze strony zarządzających, a w jakiej części mamy do czynienia jedynie z decyzjami inwestorów przewidujących możliwość dalszych odpływów.