Nie takiej końcówki roku spodziewała się zapewne większość inwestorów na światowych rynkach. Zamiast tradycyjnego rajdu Świętego Mikołaja mamy efekt ciążenia ku dołkom i towarzyszącą temu dużą zmienność.

Średnioterminowe trendy spadkowe na światowych giełdach są faktem. Przykładowo, ostatnia fala spadkowa amerykańskiego S&P 500 to nic innego, jak tylko powrót w kierunku listopadowego dołka po tym, jak okazało się, że bykom nie udało się podciągnąć indeksu na wysokość październikowego szczytu. Skoro wskaźnik spółek zza oceanu nie zdołał nawet zaatakować poziomu oporu (nie mówiąc już o jego pokonaniu), to ruch w dół jako konsekwencja tej słabości wydaje się naturalny. Wahania te nie zmieniają jednak faktu, że w dłuższym okresie (pół roku) S&P 500 znajduje się nie w trendzie spadkowym, lecz bocznym. Nie ma większych podstaw, by zakładać, że listopadowy dołek (znajdujący się zresztą na wysokości minimum z połowy sierpnia) polegnie pod naporem podaży. Można się też spodziewać, że chcący "przystroić witryny" inwestorzy instytucjonalni odkładają popyt dosłownie na ostatnie dni roku.

Niedźwiedzie przeceniają amerykańskie akcje zresztą dość selektywnie. Przede wszystkim nie widać oznak zakończenia słabości sektora finansowego w USA. Indeks S&P 500 Financials - w przeciwieństwie do indeksu szerokiego rynku - znajduje się w wielomiesięcznym trendzie spadkowym. Odbicie na początku grudnia dobrze rokowało, ale ponieważ w końcu nie zostały pokonane poziomy oporu, niedźwiedzie miały ułatwione zadanie, by sprowadzić indeks w pobliże listopadowego dołka. Nawet jeśli ten poziom wsparcia zostanie obroniony, to do powrotu trendu wzrostowego mogą minąć przynajmniej tygodnie.

Słomiany zapał inwestorów w sektorze finansowym to zły znak dla naszej branży bankowej. Jest to obecnie główny czynnik, który nie tylko nie pozwala na silniejsze odbicie kursów, ale trzyma je w pobliżu dołków.

Parkiet