Boli mnie szyja. Szczególnie kiedy piszę felietony. Skupiam się nad tekstem. Mam ręce przyklejone do klawiatury, ale najchętniej położyłbym je na szyi. Mam wrażenie, że głowa działa jak łyżka koparki, która kopie w rzeczywistości, aby wydobyć zagrzebany skarb. "Główka pracuje" mechanicznie i skrupulatnie. Raz się denerwuję, że mi nie wychodzi, i zębami wyciągam kawałek ze śmieci. Raz muszę pogłębić temat i uderzyć mocniej, aby się przebić przez warstwę ogólników. Stawy intensywnie pracują, a przez to, że mózg wysysa całość oleju z głowy, zacierają się tryby szyi. Robi się gorąco. Źródło natchnienia wysycha. Marzę o kąpieli, niestety, wanna jest ostatnim miejscem, które nadaje się do pisania.
Czasem jest odwrotnie. Mam nadmiar pomysłów i nie mogę się pozbierać. Zaczynam jedno zdanie, nie kończę i myślę o czymś innym. Zbieram dużo informacji, mieszam je i się zatykam. Nic nie wychodzi. Czuję się jak napełniona zbyt gęstym płynem butelka, z której nic się nie wylewa. Wąskie gardło albo "bottle-neck" (czyli: szyja butelki) i znowu odczuwam ból.
Więc zawsze boli mnie szyja, kiedy piszę. Czy jest źle, czy jest dobrze, tak samo cierpię. Uprawiam rano gimnastykę - po dwóch godzinach pisania jest poprawa. Najgorzej jest, gdy jestem w delegacji, bo w żadnym pokoju hotelowym nie znajduję odpowiedniego placyku do moich ćwiczeń. Wtedy marzy mi się masaż. Kiedy pier -wszy raz zdecydowałem się na wizytę u masażysty, miałem opór przed poddaniem się dotykowi obcej osoby. W dodatku z dzieciństwa wyniosłem niechęć do zawodów manualnych, jakby nie można było pracować i głową, i rękami. Jedna wizyta wystarczyła, aby mnie wyleczyć z tego przesądu. Trafiłem na masażystę erudytę:
- Czym się pan zajmuje?
- Jestem dziennikarzem - powiedziałem, bo zawsze ściemniam, kiedy ktoś się odważy być większym specjalistą ode mnie w zadawaniu pytań w sprawach zawodowych. - Żyję z pisania felietonów - dodałem, próbując wzbudzić jego litość.