TKM

Źródłem największej liczby konfliktów jest węzeł relacji między państwem, prawem i obywatelem, a właściwie jego interesem. Inaczej mówiąc, każdy, kto chce sobie wyrobić opinię o stanie państwa, powinien zważyć, ile w nim prawa - i jak się go przestrzega. Oraz czy na tyle chroni ono interes państwa, by nie naruszać dóbr obywatela i na odwrót, czy prawo obywatela jest dość obwarowane, by państwo, dla doraźnych celów, nie mogło go naruszyć.Ta fundamentalna relacja poddawana jest co dnia próbie, niekiedy jest to próba wytrzymałości materiału. Tak jest i w tych dniach, kiedy setki rolniczych blokad paraliżują ruch na drogach. Rolnicy walczą o swoje prawo do godnej egzystencji. Ale robią to kosztem prawa nierolników do swobodnego przemieszczania się. Naruszają przepisy o zgromadzeniach, palą opony, nie lubią policji, władzy i Balcerowicza.Co to znaczy, gdy tłum rozwścieczonych chłopów wywleka na szosy brony, gdy rzucają oni w policję butelkami z benzyną, gdy stawiają w poprzek dróg stare, dwudziestoletnie ursusy? To znaczy, że sytuacja jest daleko bardziej niebezpieczna niż wtedy, gdy do Warszawy zjeżdżają pielęgniarki, uzbrojeni w śruby górnicy czy rozczarowani reformą administracji mieszkańcy Leska i Torunia.Chłopskie ruchy społeczne, których tłem i przyczyną w przeszłości była pogarszająca się sytuacja materialna, miały zawsze ogromną dynamikę. I kończyły się nie blokadami, a prawdziwymi, krwawymi starciami. Obecny rząd koalicyjny powinien sięgnąć do historii i zainteresować się tym, co na przykład działo się przed wojną w Małopolsce Wschodniej.Powołanie przez premiera komisji, która obraża się na najbardziej radykalny odłam ruchu chłopskiego, jest niepoważne. Rozmawiać trzeba ze wszystkimi. Lepper - choć przypomina wór wypełniony nienawiścią i można go nie lubić, a jego frazeologia może niepokoić - w tych rozmowach musi uczestniczyć, bo wyraża wszystkie bóle i troski rolników.Spadek dochodów ogromnej grupy społecznej, brak perspektyw zmiany na lepsze, nieustannie rozwierające się nożyce cen wymagają rozwiązań nie tylko reformatorskich, ale - w pewnym sensie - rewolucyjnych. Powołanie komisji to jak użycie plastra na odciski zamiast antybiotyku. Polskiemu rolnictwu pomóc może tylko szybki, perspektywiczny program. Szkoda że rządzący dostrzegają ten problem dopiero wtedy, gdy nie można przejechać z Gdańska do Warszawy.Różnica między cenami skupu płodów rolnych a cenami detalicznymi artykułów spożywczych jest przechwytywana nie przez przetwórców, lecz przez licznych pośredników. Słabość polskiego chłopa wobec nich kryje się w braku świadomej organizacji: spółdzielczość wiejska w kapitalistycznych od dawna krajach poradziła sobie, może nie do końca, ale w stopniu wystarczającym, z tym problemem. Rolnikom polskim spółdzielnia kojarzy się ciągle z geesem i kołchozem. Nie kojarzy się ze wspólnym skupem, przetwórstwem, a nawet - handlem. Polski podatnik musi coraz większe kwoty przeznaczać na wspieranie deficytowego rolnictwa, które trzeba podpierać, dofinansowywać i chronić. Gdyby choć niewielką część zjadanych w ten sposób środków przeznaczyć na pomoc w uspółdzielczaniu, na krzewienie wiedzy o zarządzaniu, na promowanie wzorców spółdzielczości duńskiej czy szwajcarskiej - bylibyśmy o dwa, a może i trzy kroki do przodu. I każdy podatnik mógłby dziś przejechać swobodnie przez Wielkopolskę, a nawet - dotrzeć do granicy.Gdyby prawicowi politycy, tak zatroskani o los polskiego kupca, o los polskiej przedsiębiorczości, nachylili się nie tylko w czasie kampanii wyborczej z prawdziwą, nie udawaną troską nad losem rolników, też polskich przecież, to doszliby do wniosku, że w zachodnich supermarketach można sprzedawać jeszcze więcej polskiej, taniej żywności z pożytkiem tak dla jej producentów, jak i konsumentów, a bez wprowadzania zaporowych ceł. Niestety, ideologia zaćmiewa umysły nakierowane głównie na TKM (z tej sfery odnotujmy wiceministra, który najpierw przygotował warunki konkursu na członków zarządu jednej z największykompanii, jaka właśnie rozpoczyna działalność, a potem został jej prezesem).Elity dostrzegają problem dopiero, gdy mleko się wyleje. Pół biedy, gdy jest to mleko. Gorzej, gdy leje się gnojówka, a o niej na salonach stołecznych mówić nie wypada.

PIOTR RACHTAN