Praktyka i teoria
Dobrze jest czasem oderwać się od rodzimych dyskusji. Od tych strasznych dylematów, dusznych rozterek. Zwiększyć-zmniejszyć deficyt, zdewaluować- -zrewaluować złotego, a może nawet w ogóle go skasować, opuścić-podnieść stopy procentowe, komu sprzedać bank, towarzystwo ubezpieczeniowe, co minister (były?) Walendziak jadł dziś na śniadanie, dlaczego minister (były) liberał (były) Zawiślak nawrócił się na marksizm itp., itd. Dobrze jest czasem pochylić się nad czymś sensownym. Na przykład nad największą, nie rozwiązaną ekonomiczno-polityczną zagadką minionej dekady, nad przypadkiem U.S.A.Amerykańska gospodarka jest bezkonkurencyjna pod względem wpływu na światową koniunkturę, czyli przoduje w świecie realnym. Amerykańska teoria ekonomii jest bezkonkurencyjna w sferze idei, czyli dominuje w świecie myśli. Czasami amerykańska teoria ekonomii napotyka poważne trudności ze strony amerykańskiej gospodarki, która rzuca jej kłody pod nogi. Tak jak teraz. Realna ekonomia ma się doskonale. A biedna teoria nie ma pojęcia dlaczego właściwie. To bardzo ciekawy moment w dziejach światowej ekonomii. Chwila totalnej konsternacji. I wielkie, wielkie zamieszanie.Zaczęło się od tego, że Clinton zniszczył dzieło Reagana. Będąc typową lewicą podniósł podatki dla najbogatszych, co powinno błyskawicznie doprowadzić kraj do zguby. A czym się skończyło? Dekadą niebotycznego rozkwitu gospodarczego. Najniższą od lat inflacją. Najniższym bezrobociem. Nadwyżką budżetową. Budzącym zaniepokojenie wzrostem giełdy. Gospodarka amerykańska rozwija się jak zwariowana, tworzy nowe miejsca pracy jak oszalała, eksportuje na potęgę, mimo mocnego dolara, przyciąga inwestycje zagraniczne niczym jakiś Singapur. Słowem - świat stanął na głowie. Nic się nie zgadza. Wszystko jest inaczej, niż nauczała od lat teoria.Zdecydowanie najgorzej mają się sprawy z wzajemnymi relacjami między tak zwaną naturalną stopą bezrobocia, inflacją, stopami procentowymi i giełdą. No, tutaj kaszanka w teorii ekonomii jest zupełna. Były wyliczone wielkości, proporcje, były przewidziane stosowne procedury, przećwiczone odpowiednie zachowania. Absolutnie poza dyskusją. Takie tuzy ekonomii, jak: Friedman, Lucas, Phelps, w ostatnich 30 latach dowiedli przecież ponad wszelką wątpliwość, że jeśli stopa bezrobocia spada poniżej pewnej krytycznej dla każdej gospodarki wielkości, to powstaje ciśnienie inflacyjne. Stopy procentowe powinny być wówczas natychmiast podniesione. A giełda musi klapnąć. Całe stada młodszych ekonomistów twórczo przeżuwały, rozwijały, doskonaliły, pieściły "gapologię", teorię NAIRU, NAIOG. Naturalna stopa bezrobocia dla USA została wyliczona na ok. 6%. Poniżej miało być niedobrze.I co? Przykra sprawa. Przynajmniej dla teoretyków ekonomii. W ubiegłym roku stopa bezrobocia wyniosła w Stanach 4,5%, inflacja poniżej 2%, wzrost PKB - powyżej 4%, krótkoterminowe stopy proc. spadły z 5,41 do 4,83%. O co tu chodzi? Dlaczego trwa bezprecedensowy boom gospodarczy, bezrobocie spada wraz z inflacją i stopami procentowymi, a giełda rośnie? To jest zły sen ekonomisty.I ekonomiści męczą się, jak diabli. Ciągle coś wymyślają. A to, że na skutek jakościowych zmian wśród pracowników i strukturalnych adaptacji w gospodarce naturalna stopa bezrobocia po prostu spadła, więc wszystko jest, jak było, tylko niżej. Albo że narodziła się nowa negatywna korelacja między stopą bezrobocia i giełdą. Zwyżka cen akcji wpływa na ożywienie gospodarcze nie tylko po stronie popytu, ale również, przez inwestycje, po stronie podaży, co powoduje wzrost zatrudnienia przy danym poziomie zagregowanego popytu, czyli spadek NAIRU. I tak dalej.Wszystko to sprawia dość żałosne wrażenie. Trwają po prostu intensywne wysiłki na rzecz dopasowania nowej teorii do nowej praktyki. Jak to się skończy? Dobrze. Jak zwykle. Ekonomiści to straszni mądrale. Zawsze wiedzą jutro, dlaczego to, co przewidzieli wczoraj, nie sprawdziło się dzisiaj.
JANUSZ JANKOWIAK