Z Andrzejem S. Bratkowskim z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznychrozmawia Jacek Brzeski
Co jest w tej chwili najbardziej groźnym zjawiskiem w naszej gospodarce?Na pewno sytuacja budżetu. Już dziś widać, że dochody budżetowe zostały oszacowane zbyt optymistycznie. Osiągnięcie ich całorocznej wielkości będzie bardzo trudne. Myślę, że będą mniejsze o 2-3%. Mamy też bardzo szybki wzrost wydatków. Zapewne realizowane od Nowego Roku reformy w pierwszych 2-3 miesiącach musiały być wyjątkowo kosztowne. Jednak to nie koniec problemów. Przecież w wypadku ZUS-u finansowe skutki przesuwania części składek emerytalnych do II filara pojawią się dopiero w drugim półroczu. Dziwne jest wysokie zaawansowanie wydatków na obsługę długu publicznego, choć styczniowe, poważne obniżenie stóp procentowych było posunięciem, które te koszty powinno ograniczyć.Realizacja budżetu nie będzie łatwa przede wszystkim dlatego, że rząd przeszacował tempo tegorocznego wzrostu PKB, a nie doszacował dynamiki inflacji.W takim razie nowelizacja budżetu jest chyba nieunikniona?Nowelizacji nie będzie, a dokładniej mówiąc, stałaby się ona nie-unikniona tylko wówczas, gdyby obserwowane dziś tendencje spadkowe w gospodarce nie zaczęły wygasać w drugim kwartale. Tak źle nie powinno być i dlatego trudno jest mi wyobrazić sobie sytuację, że minister finansów zgadza się na oficjalne podwyższenie deficytu budżetowego. Ma natomiast uprawnienia, by ograniczyć niektóre wydatki budżetowe - i zapewne będzie z tego korzystał. Nie wykluczam przy tym, że deficyt budżetowy w tym roku będziemy mieli większy od zakładanego. Co innego jednak przekroczyć wysokość deficytu, a co innego przyznać się w połowie roku do pomyłki i nowelizować budżet. Tym bardziej że Sejm zmieniając ustawę mógłby zadekretować nowe, podwyższone wydatki, a wtedy nawet ten powiększony deficyt byłby trudny do zrealizowania.Zgadza się Pan z tezą, że minister finansów był niekonsekwentny, kiedy najpierw przestrzegał przed wysokimi kosztami reform, a potem podpisał się pod nimi?Minister finansów nie miał pełnej wiedzy o kosztach tych przedsięwzięć. Miały ją, albo powinny mieć, poszczególne resorty przygotowujące te reformy. Potem okazywało się, że niektóre finansowe prognozy ministerstw nie sprawdzały się. Słynne rozporządzenie o przesunięciu terminu płatności niektórych składek emerytalnych, które stało się przyczyną najnowszych problemów ZUS-u, było przecież pozytywnie opiniowane przez sam ZUS i resort pracy.Czy ratunkiem dla budżetu w 1999 r. może być przyspieszona prywatyzacja i wynikające z niej zwiększone wpływy do kasy państwa?Bardzo wysokich dochodów z prywatyzacji nie można osiągać w nieskończoność. Otwierają się możliwości prywatyzowania tak atrakcyjnych firm, jak TP SA, Pekao SA czy sektor naftowy, jednak przy gorszej ko-niunkturze zewnętrznej możemy mieć problemy ze sprzedażą tych przedsiębiorstw po dobrych cenach. Rząd staje przed koniecznością przebudowy budżetu. Nie może bowiem liczyć na to, że wpływy z prywatyzacji będą przez kilka najbliższych lat łatały dziurę w finansach kosztownych reform.Czy mieliśmy w 1998 r. studzenie koniunktury? Chyba nie, skoro tempo wzrostu podaży pieniądza było kilkakrotnie większe niż tempo wzrostu PKB.Bardzo restrykcyjnej polityki monetarnej i fiskalnej nie mieliśmy. Stopy procentowe, choć wysokie, nie ograniczyły podaży pieniądza ani akcji kredytowej. Służyły więc nie studzeniu gospodarki, a raczej zapobieganiu zbyt dużemu wzrostowi masy pieniądza. O chłodzeniu koniunktury decydowała przede wszystkim aprecjacja złotego, wywołana przez owe wysokie stopy.To, że krajowi producenci musieli w zeszłym roku stawić czoło zagranicznym konkurentom, było rezultatem nie tyle bieżącej, wewnętrznej polityki gospodarczej, ile swoistego drugiego szoku ekonomicznego, jaki przeżywamy w ciągu ostatnich 10 lat. Rośnie międzynarodowe zaufanie do Polski, napływają w związku z tym zagraniczne inwestycje bezpośrednie i wielkie jest zainteresowanie naszymi papierami skarbowymi. To wszystko umacnia złotego i siłę konkurencji zewnętrznej. Krajowi przedsiębiorcy, którzy usadowili się w ostatnich latach np. w handlu, dziś narzekają, bo są wypierani przez obce firmy. Jakieś 10 lat temu stworzono im warunki do działania, rozwinęli się w pewnej izolacji od świata i dopiero teraz przychodzi im mierzyć się z zagranicznymi potentatami.Polskie przedsiębiorstwa wyraźnie pogorszyły w ubiegłym roku wyniki finansowe. Dlaczego?Już ostatni kwartał 1997 r. był pod tym względem nie najlepszy. Nie demonizowałbym jednak tego problemu. Duży wpływ na pogorszenie wskaźników miały bowiem wysokie koszty amortyzacji - notabene pozwalające firmom sporo zaoszczędzić na podatkach. Zauważmy, że przedsiębiorstwa nadal szybko zwiększały inwestycje. Wchodząc w ambitne programy inwestycyjne same stworzyły sobie ciasną sytuację finansową. Przy wysokich stopach procentowych firmy musiały złagodzić koszty tych przedsięwzięć i dlatego zmniejszały tempo wzrostu płac.Czy słabnącej koniunkturze należy jakoś pomóc?Jestem przeciwnikiem wszelkich "pakietów antyrecesyjnych". Autorów takich propozycji trzeba zapytać, dlaczego te dziś proponowane nadzwyczajne działania nie zostały zastosowane kilka miesięcy temu? Myślę, że gdyby były rzeczywiście skuteczne, to już dawno by się nimi posłużono. Mówienie, że należy zwiększać popyt wewnętrzny i pobudzać produkcję, by łagodzić skutki szoku zewnętrznego, miałoby sens, gdyby kryzysy w różnych częściach świata były przejściowe. Jednak wiele wskazuje na to, że nie są krótkotrwałe. Pobudzony popyt byłby zaspokajany głównie przez import i pogorszyłby nasz bilans obrotów bieżących. Natomiast propozycja, by kierować popyt na dobra krajowe, jest kuriozalna. Oznacza, że na konsumentów nakładano by dodatkowy podatek, bo aby zrealizować powyższy postulat, należałoby podnieść cła. Nie można przecież powiedzieć ludziom, że za zwiększone dochody mają kupować więcej krajowych ziemniaków i mięsa.Pamiętajmy, że w ostatnich tygodniach złoty osłabł. Możemy się spodziewać, że z tego powodu pojawi się pewien impuls inflacyjny. Dodatkowy popyt przyczyniłby się do wzmocnienia tego impulsu. A ze wskaźnikiem inflacji jest trochę tak, jak z mierzeniem temperatury u człowieka. Podwyższona temperatura niepokoi, choć nie zawsze jest oznaką poważnej choroby. Podwyższona inflacja mogłaby być uznana na zewnątrz za symptom psucia się polskiej gospodarki, a NBP zamiast obniżać stopy procentowe - zapewne by je podniósł.Polityka studzenia koniunktury miała zmniejszyć deficyt obrotów bieżących bilansu płatniczego. Ten jednak wzrósł.Rosnącym deficytem obrotów bieżących nie powinniśmy się zanadto przejmować. Istniejący mechanizm kursowy jest gwarancją, że sytuacja nie wymknie się spod kontroli. Mamy poszerzone ostatnio pasmo wahań dla złotego, a jego płynny kurs jest w stanie zniwelować zbyt duży niedobór na rachunku bieżącym.Jak rozumiem, odrzuca Pan postulat, by sytuację krajowych producentów, bilans handlowy i bilans obrotów bieżących poprawiać, przeznaczając np. 2-3 mld USD z rezerw walutowych na kredyty dla eksporterów.Autorzy tego pomysłu chyba nie rozumieją, że byłoby to wydawanie dwa razy tych samych pieniędzy. Równie dobrze rząd mógłby przeznaczyć na takie kredyty kilka miliardów złotych. Sporo jest jeszcze u nas starego myślenia, że dolary z rezerw są bardziej prawdziwym pieniądzem niż nasze złote. Taką sytuację można zresztą nieopatrznie wywołać, bo gdybyśmy 2-3 mld USD z rezerw przeznaczyli na kredyty eksportowe, to właśnie w ten sposób zakwestionowalibyśmy prawdziwość pozostałego naszego pieniądza.A tak w ogóle to mam poczucie, że wszyscy, którzy proponują, by rząd w okresie spadku ko-niunktury podejmował jakieś nadzwyczajne kroki, tak naprawdę wątpią w siłę gospodarki rynkowej. Błędnie zakładają, że państwo jest bardziej kompetentne i skuteczne niż przedsiębiorcy w sztuce podejmowania ryzyka ekonomicznego. Tymczasem wszelkie kredyty i przywileje przyznawane przez państwo są redystrybucją dochodu narodowego, absurdalnym przesuwaniem pieniędzy od bardziej produktywnych do mniej produktywnych. Rozumiem, że w sytuacji gdy pojawiają się problemy z eksportem, popytem i koniunkturą, wynikające z kryzysu globalnego, pojawia się też chęć, by wbrew faktom uczynić z polskiej gospodarki enklawę, w której zachowamy dotychczasowe proporcje i tempo wzrostu. Szoki - najpierw azjatycki, a potem rosyjski - musiały odbić się na naszej gospodarce, gdyż jesteśmy przecież elementem wielkiego, światowego systemu ekonomicznego. Polska gospodarka potrzebuje restrukturyzacji, a nie sztucznych zabiegów, które zwiększyłyby popyt czy eksport. Obawiam się, że wszelkie działania, nazywane antyrecesyjnymi, po pierwsze - zahamowałyby niezbędne restrukturyzacje w przemyśle, a po drugie - po chwilowym poprawieniu tempa wzrostu przyczyniłyby się do jego stabilizacji na względnie niskim poziomie w następnych latach. Po prostu nie jest tak, że przyciskając jakiś tajemniczy czerwony guzik możemy wywołać w Polsce coroczny wzrost PKB o 5-6%.Dziękuję za rozmowę.