Prognozowanie wskaźników ekonomicznych i finansowych dla gospodarek przechodzących transformację jest zadaniem trudnym i niewdzięcznym. Trudnym, z uwagi na liczbę zmiennych egzogenicznych, a niewdzięcznym, ponieważ często występujące zmiany w prognozach są deprymujące. Polska jest przykładem szczególnie trudnym i niewdzięcznym, ponieważ nie jest już rynkiem wschodzącym (emerging market), ale jeszcze nie rynkiem rozwiniętym (developed market). Może dlatego strategią dominującą na rynku polskim jest przyjmowanie wariantów umiarkowanie lub bardziej pesymistycznych oraz wpisywanie się w główny nurt. W cenie nie jest indywidualizm, ale racjonalizm - lepiej być wśród dużej grupy-stada bez względu na wynik, niż narazić się na ryzyko porażki, ferując naprawdę własne opinie i strategie.Oto kilka przykładów z polskiego światka makro- i mikroekonomii. Prognozy dla polskiej gospodarki po czwartym kwartale 1998 r., wyrażone najpierw w opiniach kilku prominentnych zagranicznych banków, a następnie większości z nich, wyglądały pesymistycznie. Po upływie jednego kwartału te same zagraniczne banki zaczęły chyłkiem i stadnie wycofywać się ze swoich prognoz. Różnice są dość znaczne, ponieważ np. w prognozach PKB na 1999 r. wynoszą około dwóch punktów procentowych, czyli tyle, ile prawdopodobnie wyniesie wzrost PKB w krajach UE. Oceny większości krajowych ekspertów tak w poprzednim kwartale, jak i obecnie są bardziej wyważone (prawdziwych ekspertów traktuję uznaniowo). Ciekawe, że nie zauważyli tego jeszcze niektórzy krajowi politycy. W najbliższych miesiącach doświadczymy zapewne weryfikacji jeszcze wielu "oficjalnych" prognoz, a media ze skrajnego pesymizmu wpadną w skrajny optymizm. Udzieli się to zapewne i wielu z nas, ponieważ trzeba podążać za stadem.Przykład drugi. Analizując wyniki funduszy powierniczych i inwestycyjnych operujących na polskim rynku można zauważyć stosunkowo mały rozrzut stóp zwrotu z inwestycji portfelowych. To trochę tak jakbyśmy żyli w idealnie konkurencyjnej gospodarce, albo większość inwestorów uzgadniała ze sobą strategie inwestycyjne. Dla spekulantów, w dobrym anglosaskim znaczeniu tego słowa, obie perspektywy są przerażająco nudne. Z drugiej strony, przedstawiciele raczkujących funduszy emerytalnych w wypowiedziach - ale nie dla szerokich mediów - sugerują, że nie spodziewają się znaczących różnic w stopach zwrotu pomiędzy poszczególnymi PTE. Znowu więc lepiej razem i stadnie. W takim razie, po co istnieje tyle funduszy? Wystarczy przecież skonstruować portfel oparty na średnim ważonym udziale najważniejszych instrumentów w portfelach dziesięciu największych funduszy. Bardziej szczegółowe informacje dla drobnego inwestora są dostępne z pewnym opóźnieniem, ale rekompensuje to mała płynność polskiego rynku kapitałowego i możliwość szybkiej zamiany aktywów. Stopa zwrotu będzie więc zbliżona, a zaoszczędzi się na prowizji. Taką strategię stosują co bardziej "pasywni" inwestorzy z Internetu.Jedyną nadzieję na prawdziwą dywersyfikację stanowi rosnąca konkurencja na rynku usług finansowych i liberalizacja prawa dewizowego. Nie może być wciąż tak, że wszyscy albo zyskują, albo tracą. Może już nadchodzi czas, by podążać nie za stadem, ale na jego czele.
Rafał Antczak
Fundacja CASE