Dow wciąż rośnie. Ten fenomen, oderwany już dawno od przesłanek fundamentalnych, wciąż dominuje pośród czynników kierujących rynkami. Optymizm udziela się także innym rynkom - wielu nie wytrzymuje czekania na nie następującą korektę i podejmuje próbę zarobienia jeszcze paru procent. Także na nasz rynek skapnęło nieco kapitału i choć wolniej niż w USA, ale ruszył w górę. Apetyt na zakupy, jaki pojawił się w trakcie tygodnia w piątek nieco ostygł, czy to z powodu wejścia w obszar maksimów rocznych, czy też z uwagi na rosnące z każdym wzrostem indeksu ryzyko korekty na NYSE. Czekanie na korektę na Wall Street to żmudne zajęcie - wielu uczestniczy w nim od miesięcy, a nawet lat. Dow Jones w ciągu ostatnich lat rósł wielokrotnie szybciej od zysków przedsiębiorstw, ale nie powoduje to wykruszania się szeregów optymistów. Wskaźniki wyceny są tam na historycznie wysokich poziomach, a tamtejsi guru zwiastują coraz to nowe rekordy. I co dziwne, często czas pokazuje, że mieli rację. Możliwość zarobienia na inwestycji równowartości kilkuletnich odsetek i to w okresie kilku tygodni działa na wyobraźnię. Zresztą nam w Polsce wystarczy sięgnięcie pamięcią do początków roku 1994. Nie tylko mnie wydawało się wtedy, że rynek może tylko rosnąć i nieważna jest cena, po której kupuję, bo i tak sprzedam te akcje drożej.Na naszym podwórku optymizm jest bardziej wyważony, szczególnie w odniesieniu do dużych spółek. Za to do łask zdaje się powracać rynek równoległy. Jest to zjawisko w pewnym stopniu powiązane z rosnącym zainteresowaniem mniejszymi spółkami za oceanem. Jednak bliższe przyjrzenie się wykresom cen niektórych spółek nakazuje wzmożenie czujności - taki wzrost rzadko bywa skutkiem spontanicznego działania rynku. Jeśli więc ktoś decyduje się dołączyć do grona posiadaczy tak "gorących" akcji, skuszony tempem zarobku, powinien zdawać sobie sprawę z ryzyka, jakie się z tym wiąże.
.