Ostatnie tygodnie uplasowały warszawską giełdę gdzieś pośrodku skali jeśli chodzi o porównanie dochodowości inwestycji w polskie akcje z rynkami zagranicznymi. Rynek jest stosunkowo stabilny, a ewentualne spadki na ogół nieznaczne i krótkotrwałe. Trudno natomiast liczyć na jakąś trwałą aprecjację kursów, zwłaszcza w przypadku spółek indeksotwórczych, gdzie potrzebne byłoby silne zaangażowanie kapitału zagranicznego, które w chwili obecnej jest bardzo sporadyczne. Wszystko wskazuje na to, że sytuacja taka może się jeszcze utrzymać przez jakiś czas, dopóki nie zniknie niepewność związana z kryzysem jugosławiańskim lub nie pojawią się informacje ze spółek lub ze sfery makroekonomicznej, mogące w istotny sposób ożywić dużych inwestorów. W zwiazku z tym po blisko dwuletniej przerwie inwestorzy krajowi zaczynają przypominać sobie o tak zwanych mniejszych spółkach, notowanych głównie na rynku równoleglym, wolnym czy też wręcz na regulowanym rynku pozagiełdowym. Najbardziej zyskownymi inwestycjami ostatnich miesięcy okazały się małe spółki informatyczne; debiutujący ostatnio na giełdzie ComArch oraz notowani na CeTO dostawcy oprogramowania Simple i MacroSoft po opublikowaniu świetnych wyników kwartalnych. Jednocześnie trudno mi się zgodzić z opiniami niektórych obserwatorów rynku, że taki stan rzeczy świadczy o dominacji inwestorów nastawionych spekulacyjnie nad tymi kierującymi się analizą fundamentalną i że jest to sygnał ostrzegawczy przed większą korektą. Patrząc od strony wyceny, spółki te są znacznie tańsze od tak zwanych dużych firm, a dyskonto dochodzące do ponad 70% dla wskaźników P/E czy P/CF znacznie przekracza poziom uzasadniony niewielką kapitalizacją i płynnością tych walorów. Wydaje mi się, że w najbliższych tygodniach dalej będziemy obserwować przemieszczanie się rodzimych kapitałów, zarówno indywidualnych, jak i instytucjonalnych, w stronę tych mniejszych i zapomnianych spółek o atrakcyjnej wycenie.
.