Dobiega końca okres państwowego protekcjonizmu wobec sektora bankowego w Polsce, gdy z początkiem przyszłego roku zagraniczne banki uzyskają możliwość otwierania oddziałów w naszym kraju. Znajdujemy się również na półmetku demonopolizacji i deregulacji sektora telekomunikacyjnego. Dlaczego jest to takie ważne? Dlatego, że sektor bankowy i telekomunikacyjny są najszybciej rosnącymi sektorami gospodarek wolnorynkowych i stale powiększają swój udział w tworzeniu PKB. Poza tym Polska ma dość unikalną szansę wykorzystania najpełniej w tych właśnie sektorach tzw. renty zapóźnienia i przeskoczenia technologicznie opóźnionej konkurencji, adaptując najnowsze rozwiązania. Odbędzie się to wszak pod jednym warunkiem: że będzie miała miejsce rzeczywista konkurencja, a udział państwa zostanie nawet nie zminimalizowany, ale wyeliminowany.Polska strategia liberalizacji sektora bankowego w okresie transformacji obejmowała trzy etapy. Etap pierwszy trwał trzy lata (1990-1992) i zakładał możliwość otwierania banków zagranicznych w Polsce. Etap drugi (1993-1999) wprowadził ograniczenia dostępu dla zagranicznego kapitału, który mógł jedynie uczestniczyć w prywatyzacji polskich banków, a najlepiej przejmować banki w trudnej sytuacji finansowej. Wreszcie etap trzeci, od 2000 r. zakłada pełną liberalizację usług bankowych. Rozwiązanie etapowe miało na celu opóźnianie pełnej konkurencji w sektorze bankowym w Polsce i udzielenie w ten sposób wsparcia dla konsolidacji narodowego kapitału. Wobec braku oddolnych koncepcji fuzji pomiędzy bankami, w 1997 r. ministerstwa gospodarcze zaczęły forsować odgórną koncepcję stworzenia dwóch polskich grup kapitałowych, skupionych wokół Banku Handlowego i Pekao SA. Nieodwołalna wizja zagranicznej konkurencji zmusiła w końcu krajowych bankierów do działania i od roku jesteśmy świadkami wzmożonej aktywności konsolidacyjnej. Najbardziej charakterystyczne były: wrogie przejęcie Banku Gdańskiego przez BIG, a ostatnio zaskakująca fuzja Banku Handlowego i BRE. Szkoda tylko, że zmiany te nie nastąpiły wcześniej, a wakacyjny okres sześciu lat drugiego etapu został praktycznie zmarnowany. Miejmy nadzieję, że prywatyzacja pozostałych banków detalicznych (Pekao BP i BGŻ) odbędzie się szybko, na zasadach rynkowych i bez pseudonarodowych haseł.Telekomunikacja w szerszym znaczeniu usług telefonicznych, informacyjnych i informatycznych ma właściwie nieograniczone możliwości rozwoju. Również w tym sektorze można wyróżnić trzy etapy przemian w Polsce. W przeciwieństwie jednak do sektora bankowego, żaden z etapów nie zakłada pełnej liberalizacji. Na etapie pierwszym, w 1992 r. przydzielono licencję na budowę sieci komórkowej w systemie NMT jedynemu operatorowi będącemu pod kontrolą monopolisty TP SA. Etap drugi polegał na przyznaniu dwóch licencji GSM w 1996 r. Tak się dziwnie złożyło, że obie firmy GSM idealnie i po połowie podzieliły się nowym rynkiem - liczbą abonentów. W latach 1998-1999 wyrównano nieco szansę konkurencji na rynku usług telefonii komórkowej i przyznano najpierw koncesję na system DCS dotychczasowemu operatorowi systemu NMT, a następnie trzecią koncesję GSM i drugą oraz trzecią koncesję DCS wszystkim operatorom. Rozpoczęto również przetarg na telefonię lokalną i połączenia międzymiastowe. Jednocześnie rozpoczęto prywatyzację TP SA, finansując, niestety, z budżetu proces jej restrukturyzacji. Najbardziej intratne połączenia międzynarodowe pozostają jednak zmonopolizowane. Ponadto nasi negocjatorzy z Unią Europejską ogłosili "sukces", polegający na przyznaniu telekomunikacji maksymalnego okresu przejściowego, który będzie trwał do 2003 r.Na opis kontrowersji wokół procesów koncesyjnych dla stacji radiowych i telewizyjnych, politycznego nadzoru nad publiczną telewizją oraz najnowszych problemów z platformą cyfrową nie starcza miejsca. Warto jeszcze wyliczyć instytucje nadzorujące i mające wpływ na rynek telekomunikacyjny w Polsce. Są to resorty: finansów, gospodarki, łączności, Państwowa Agencja Radiokomunikacji, Państwowa Inspekcja Pocztowo-Telekomunikacyjna, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, a także MON i MSW. Nie wspomniałem o politykach. Pełna liberalizacja sektora telekomunikacyjnego jest jeśli nie fikcyjna, to na pewno permanentnie spowalniana.Widzialna ręka rządu słabnie w sektorze bankowym, ale w telekomunikacji jest znacznie silniejsza od niewidzialnej ręki rynku. Cenę za realizacje urzędniczych koncepcji i za majstrowanie przy liberalizacji płacił i płaci każdy podmiot gospodarczy w Polsce. Marnuje się też szansa stworzenia z telekomunikacji w Polsce najbardziej dynamicznego rynku w Europie.

RAFAŁ ANTCZAKFundacja CASE