Polscy analitycy wolą się nie mylić
Polscy analitycy wystawiający rekomendacje dla spółek są nadal bardziej ostrożni niż ich koledzy z Londynu. Jest to efekt restrykcyjnej polityki Komisji Papierów Wartościowych sprzed kilku lat. Jednak najbardziej odważne raporty trafiają najpierw do wąskiej grupy największych inwestorów. I to oni zapewne zarobili najwięcej na ostatniej hossie.
Podczas niedawnego Forum Informacji Giełdowej prezes GPW Wiesław Rozłucki przyznał, że nie jest ani zbyt zadowolony, ani rozczarowany rekomendacjami wystawianymi przez rodzimych analityków. Zdaniem W. Rozłuckiego, analitycy - bojąc się błędów - najczęściej słuchają tego, co mówią inni i opierają się na poglądach giełdowych guru z londyńskiego City, unikając lansowania własnych, niezależnych opinii. Prezes GPW zachęcał do "wychodzenia przed szereg". - Szansą na wyrobienie sobie marki jest wystawienie kilku trafnych rekomendacji wbrew opiniom przeważającym w danym momencie na rynku - stwierdził W. Rozłucki.Według Raymondo Egginka, doradcy inwestycyjnego ABN Amro Asset Management, "zachowawczość" polskich analityków jest pokłosiem poczynań Komisji Papierów Wartościowych sprzed kilku lat. - Kiedy przed pięciu laty rozpoczynałem pracę, KPW podchodziła bardzo restrykcyjnie do wszelkich opinii na temat giełdy. W pewnym sensie trudno się było temu dziwić, gdyż ówczesny stan rynku kapitałowego i świadomość inwestorów były zupełnie inne niż obecnie - mówi R. Eggink. - Kiedy w gazecie pojawiał się artykuł w stylu "Exbud pójdzie jutro do góry", to następnego dnia Exbud rzeczywiście zwyżkował o 10%. Trąciło to manipulacją - wspomina R. Eggink.Uważa on jednak, że KPW mimo wszystko zbyt restrykcyjnie interpretowała prawo papierów wartościowych, zabraniając np. specjalistom od rynku kapitałowego dzielenia się wiedzą. - Ustawa o publicznym obrocie nie zabraniała tymczasem w żadnym punkcie udzielania nieodpłatnych porad nawet przez maklerów - mówi doradca z ABN Amro. Restrykcyjność KPW doprowadziła - w opinii R. Egginka - do "przeniesienia się części biznesu" do Londynu, co opóźniło rozwój polskich instytucji zajmujących się doradztwem.Zdarza się, że rekomendacje "wysłanników" City wywołują trzęsienie ziemi. Przykład? "Sprzedaj" dla Elektrimu, wystawione przez ABN Amro na początku listopada ub.r. O zadłużeniu i problemach Elektrimu z Deutsche Telekom mówiło się od dawna. Jednak kurs akcji spółki załamał się dopiero tuż po negatywnej rekomendacji. - Polskie biura maklerskie boją się wystawiać tak zdecydowane rekomendacje. Są bowiem powiązane z bankami. Nie można napisać, że spółka X jest bardzo słaba, bo przeniesie ona zaraz swój rachunek do konkurencyjnego banku - mówi R. Eggink.O wyjątkowym "nosie" może mówić np. John Meyer z SG London. Wystawiając 14 grudnia rekomendację "zdecydowanie kupuj" (strong buy) dla KGHM Polska Miedź. Akcje spółki kosztowały tego dnia na GPW 23,3 zł, SG zaś zalecało ich kupowanie do 31,8 zł. Natychmiast po ogłoszeniu rekomendacji akcje KGHM wybiły się w górę z kilkumiesięcznego trendu horyzontalnego, osiągając po zaledwie czterech tygodniach poziom cen zalecany w rekomendacji.Na prawdopodobieństwo nadejścia hossy na GPW zwrócili uwagę na początku listopada analitycy japońskiej Nomury. W raporcie odtajnionym w połowie listopada podkreślali, iż nastąpiło przyspieszenie napływu nowych funduszy na emerging markets. Według Nomury, która preferowała wtedy jednak przeważenie akcji węgierskich nad polskie, większy strumień kapitału na rynki wschodzące to efekt tego, iż ceny akcji w najbardziej rozwiniętych państwach wzrosły do poziomu, który przestał być atrakcyjny dla kupujących.Nie jest oczywiście tak, że monopol na trafne prognozy ma jedynie Londyn. W raporcie BM BGŻ z 29 grudnia 1999 r. (odtajnionym 14 stycznia) Robert Chojnacki zalecił kupowanie akcji Budimeksu, Exbudu, Mostostalu Warszawa i Zabrze. Uzasadniał to m.in. spodziewanym nasileniem się fali konsolidacji w polskim budownictwie. Choć mówiło się o tym wcześniej, rekome BGŻ była niemal strzałem w dziesiątkę, o czym świadczą ostatnie ruchy kursu akcji Budimeksu.Jednak nawet najbardziej trafne rekomendacje trafiają najpierw do wąskiej grupy osób, przez co są nieprzydatne dla ogółu. Ich odtajnienie następuje zazwyczaj po kilku tygodniach, w czasie, kiedy najwięksi inwestorzy już dawno zajęli pozycje, a kurs akcji osiągnął zakładany poziom. Większość drobnych inwestorów nie korzysta więc z wiedzy najlepszych specjalistów, angażując się w grę na giełdzie w czasie, kiedy prawdziwe rekiny zastanawiają się nad opuszczeniem parkietu.- Jeżeli ktoś w Polsce ma 100 tys. zł, to znajdzie już biuro, w którym zostanie profesjonalnie obsłużony i będzie mógł korzystać z wydawanych na bieżąco rekomendacji - twierdzi R. Eggink. - W przeciwnym razie najlepszym rozwiązaniem jest kupowanie jednostek funduszy inwestycyjnych, tak jak robią to inwestorzy na Zachodzie - dodaje.
GRZEGORZ BRYCKI