Usługi bezprzewodowe trzeciej generacji

W państwach Unii Europejskiej trwają zmagania między czołowymi towarzystwami telekomunikacyjnymi o koncesje na usługibezprzewodowe trzeciej generacji. Zapotrzebowanie na coraz nowocześniejsze środki łączności jest tak duże, a konkurencja tak silna,że przyznawane przez poszczególne rządy licencje stanowią niezwykle łakomy kąsek zarówno dla przedsiębiorstw tej branży, mocnousadowionych na rynku, jak i firm rozpoczynających dopiero tego rodzaju działalność.

Powszechne zainteresowanie tym problemem zwiększyły olbrzymie kwoty, które spółki telekomunikacyjne są gotowe zapłacić za uzyskanie koncesji. Tak było niedawno w Wielkiej Brytanii, gdzie rząd za pięć licencji dostał 22,5 mld funtów (35,1 mld USD). Suma ta zaskoczyła brytyjski resort skarbu, była bowiem aż o 20 mld funtów większa od pierwotnych założeń.Łatwość, z jaką rząd w Londynie uzyskał tak duże wpływy, nasunął wniosek, że przetargi są doskonałym sposobem zasilenia finansów publicznych. Niektórzy eksperci uważają, że analogiczna operacja w Niemczech (zapowiedziana na lipiec) może przynieść jeszcze lepsze wyniki finansowe. Jeżeli w przetargu na koncesje dotyczące najnowszej generacji usług bezprzewodowych złożone zostaną oferty o wartości analogicznej do brytyjskich, władze niemieckie mogą uzyskać wpływy sięgające 50 mld euro (45 mld USD).Jednak nie wszędzie o przyznaniu licencji decyduje motyw finansowy. Na przykład rząd francuski zamierza wprowadzić kryteria jakościowe, uzależniając uzyskanie przez poszczególne przedsiębiorstwa koncesji od tego, czy udowodnią one odpowiednią kondycję finansową oraz przedstawią plany działalności.Zasilenie kasy państwowej olbrzymim zastrzykiem gotówki budzi także pewien niepokój ze względu na ogromne koszty ponoszone przez sektor telekomunikacyjny. Nie odosobniony jest pogląd, że przy nie sprzyjających okolicznościach środki wydane na zakup koncesji mogą się nigdy nie zwrócić. Na domiar złego, wydanie niemal wszystkich rezerw grozi ? zdaniem niektórych specjalistów ? zahamowaniem rozwoju całej branży, gdyż firmy, które tak wysokim kosztem uzyskały licencje, nie będą mogły sobie pozwolić na odpowiednie nakłady inwestycyjne, zapewniające postęp techniczny.Według tygodnika ?The Economist?, wnioski wyciągnięte z przeprowadzonych już przetargów nie są jednak w pełni słuszne. Bliższy prawdy jest optymizm dotyczący pokaźnych dochodów, które z tego tytułu mogą uzyskać rządy. Przetargi wygrywają bowiem firmy o największym potencjale finansowym, najwyżej ceniące nowe koncesje. Ale i tu nie ma reguły. Na przykład w Szwecji i Finlandii za przyznane licencje na działalność bezprzewodową władze uzyskały bardzo skromne wpływy.Brytyjski tygodnik kwestionuje natomiast pogląd, że zakupy koncesji pozbawią operatorów telefonii komórkowej na wiele lat swobody finansowej. Firmy, które wygrywają przetarg, same oceniają bowiem opłacalność swoich decyzji i jeżeli kalkulacja wykazuje, że dochody z przyszłej działalności nie zrównoważą kosztów uzyskania licencji, mogą po prostu wycofać swe oferty.Oczywiście, nie można wykluczyć błędu w obliczeniach, zwłaszcza wobec coraz ostrzejszej konkurencji na rynku telekomunikacyjnym, która zmienia warunki działalności w tej branży. Jednak nawet gdy firma nie może osiągnąć wpływów kompensujących wcześniejsze koszty, nic nie stoi na przeszkodzie, by sprzedała licencję komuś innemu.Zdaniem ?The Economist?, nie można też mówić o niebezpieczeństwie zahamowania postępu w telekomunikacji. Silna konkurencja oraz wysokie koszty koncesji powinny bowiem zmusić poszczególne przedsiębiorstwa do podniesienia efektywności, aby zgromadzić niezbędne środki na rozwój i dzięki nowym inwestycjom dorównać rywalom. Ich aktywność będzie pod tym względem bez porównania większa niż gdyby uzyskały licencje za darmo.Seria przetargów na najnowocześniejsze usługi telekomunikacyjne wiąże się też z innym problemem. Chodzi o to, by jak najszersze grono oferentów miało szanse uzyskania licencji. W rozy sposób podeszły do tej sprawy władze brytyjskie. Przedmiotem niedawnego przetargu było pięć licencji, ale każdy z oferentów mógł otrzymać tylko jedną. Ponadto ponieważ o koncesje zabiegały tylko cztery duże firmy, znalazło się miejsce dla spółek rozwijających dopiero działalność w tej intratnej dziedzinie.Inaczej jest, gdy władze nie stwarzają żadnych ograniczeń. Wówczas mocno usadowione na rynku przedsiębiorstwa dają do zrozumienia, że są gotowe wygrać przetarg za wszelką cenę. W efekcie słabsze firmy wycofują swoje oferty i wówczas, przy braku zaostrzonej konkurencji, potentaci mogą uzyskać licencje na korzystnych dla siebie warunkach. Tak właśnie zdarzyło się podczas jednego z przetargów na koncesje komórkowe w USA.Spore wątpliwości budzą również zasady planowanego w lipcu przetargu na usługi bezprzewodowe w Niemczech. Jego uczestnicy mogą zabiegać o dwie lub trzy z dwunastu koncesji, co grozi podziałem rynku między cztery firmy, które świadczą obecnie usługi bezprzewodowe drugiej generacji. Jeżeli taka sytuacja odstraszy innych oferentów, nie wywindują oni cen i cała operacja może okazać się mniej intratna dla rządu niż niedawny przetarg w Wielkiej Brytanii.

A.K.