Sztuka

Słynny właściciel to duży atut przy sprzedaży

Moja kolekcja | Dobra proweniencja potwierdza autentyczność obrazu, buduje jego legendę i powoduje wzrost ceny na światowych rynkach

Janusz miliszkiewicz

Praca Kazimierza Mikulskiego z oferty krakowskiej Desy

Foto: Desa Kraków

Aukcję dzieł współczesnych klasyków awangardy 1 marca zorganizuje Desa Unicum (www.desa.pl). Kilka obrazów ma ciekawą proweniencję. Łatwo ją przeoczyć. W katalogu podano tylko nazwiska poprzednich właścicieli, bez żadnych dokładniejszych informacji na ich temat.

W ofercie aukcyjnej znalazł się obraz Wojciecha Fangora z 1977 r. „Panocek 3" (188 na 127 cm). Cena wywoławcza wynosi 140 tys. zł. W opisie jest zdanie: „Kolekcja Jerzego Sołtana, USA". Czy każdy miłośnik sztuki wie, kim był Jerzy Sołtan? Gdyby podano daty z jego życia i profesję, identyfikacja osoby byłaby prostsza.

Jerzy Sołtan (1913–2005) był architektem, w latach 1967–1974 dziekanem wydziału architektury na Harvardzie (pełnił tę funkcję po sławnym Walterze Gropiusie). Wcześniej był uczniem i współpracownikiem Le Corbusiera. Zakładam, że chodzi właśnie o tego Jerzego Sołtana, że nie jest to przypadkowa zbieżność nazwisk.

Obraz Fangora należał do architekta Jerzego Sołtana

Foto: Desa Unicum

Sołtan pozostawił w Polsce wysoko cenione dzieła. Stworzył na przykład projekt wnętrza Dworca Śródmieście w Warszawie, oddanego w 1963 r. Mało kto wie, że do dziś ściany tego dworca zdobią mozaiki zaprojektowane przez Wojciecha Fangora. Obaj artyści ściśle ze sobą współpracowali, zanim wyemigrowali na stałe z komunistycznej Polski.

Jerzy Sołtan ma w dorobku np. legendarny „Bar Wenecja" na warszawskiej Woli. Historycy architektury zapewniają, że to osiągnięcie na skalę światową. Architekt stworzył na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie Zakłady Artystyczno-Badawcze, którymi kierował. Tego typu informacje tworzą legendę wokół obrazu Fangora oferowanego na aukcji Desy Unicum.

Cena nie gra roli

Dla rasowego kolekcjonera sztuki dobry rodowód dzieła ma podstawowe znaczenie. Mówi o tym kolekcjoner Marek Roefler, który w 2010 r. otworzył w Konstancinie ogólnie dostępne muzeum Villa la Fleur (www.villalafleur.pl).

Znaczenie pochodzenia podkreśla także kolekcjoner Jacek Łozowski. – Udokumentowana proweniencja jest moim zdaniem równie ważna dla oceny autentyczności dzieła jak konserwatorska analiza fizyko-chemiczna. Jeśli obraz należał to wybitnej postaci, fakt ten nobilituje nabywcę dzieła. Mam obraz, na którym Leon Wyczółkowski napisał dedykację dla dramatopisarza Michała Bałuckiego. Obraz sam w sobie ma wartość estetyczną, ale dzięki rodowodowi zyskuje wartość dodatkową, ponieważ Bałucki był postacią wybitną. Cena nie gra roli, jeśli obraz ma dobry rodowód. Dzieło z udokumentowaną proweniencją jest lepszą lokatą i łatwiej je odsprzedać – przekonuje Jacek Łozowski.

Marek Roefler twierdzi, że proweniencja nie jest doceniana na krajowym rynku. Można podać wiele przykładów, gdy krajowi antykwariusze nie wykorzystali potencjału finansowego tkwiącego w dobrej proweniencji.

Okładka broszury Oli Watowej

Foto: Antique Concept Store

We wrześniu 2017 r. pisałem, że na aukcji Desy Unicum będzie licytowany rysunek wybitnego artysty Witolda Wojtkiewicza. W katalogu podano jedynie, że praca pochodzi z kolekcji Edwarda Lipińskiego z Warszawy.

Tajemnicza Boznańska

Przeprowadziłem wtedy miniankietę wśród osób, które czytały katalog. Skromna adnotacja o rodowodzie rysunku albo pozostała niezauważona, albo zlekceważona. Niektórym wydawało się, że praca należała do satyryka Eryka Lipińskiego.

Właścicielem rysunku Witolda Wojtkiewicza był Edward Lipiński (1888–1986), wybitny ekonomista i opozycjonista, m.in. współzałożyciel Komitetu Obrony Robotników. Profesor Andrzej K. Koźmiński, ekonomista i kolekcjoner, chlubi się tym, że ma w swoich zbiorach fotel z XVII wieku, który należał do Edwarda Lipińskiego. Identyczny mebel wypatrzył na zamku królewskim w Sintrze w Portugalii. Zdaniem Andrzeja K. Koźmińskiego, proweniencja – niedoceniana na naszym rynku sztuki – na świecie ma istotny wpływ na wzrost ceny dzieła.

W najbliższym czasie pojawi się kilka rynkowych atrakcji. Na przykład krakowska Desa (www.desa.art.pl) na aukcji 17 marca wystawi wyjątkowo atrakcyjne obrazy Kazimierza Mikulskiego.

W codziennej ofercie Desy znajduje się portret namalowany w latach 20. przez Olgę Boznańską. Niewiele wiadomo o tajmniczej postaci. Sportretowany został amerykański malarz Beyley. Wytropienie informacji o modelu to zadanie dla kolekcjonera z pasją detektywa.

Sensacje szykują się też na rynku bibliofilskim. Od kilku dni w stolicy działa kolejny stacjonarny antykwariat z białymi krukami (www.antiqueconceptstore.com). Firmę otworzył Michał Niesiołowski, który wcześniej prowadził sprzedaż w internecie. Firma ma specjalizować się w literaturze przydatnej kolekcjonerom (poradniki, katalogi, itp.). Jej oferta to przede wszystkim książki. Jest np. bogaty dział rosyjskich druków awangardowych. Można kupić pierwodruki Mickiewicza oraz Witkacego.

Marilyn Monroe na aukcji

Atrakcją są konspiracyjne nielegalne druki ze stanu wojennego, np. „Paszportyzacja" Oli Watowej. Na uwagę zasługuje oryginalny projekt okładki tomu poezji Andrzeja Partuma, wykonany i sygnowany przez Henryka Stażewskiego.

Oferta antykwariatu obejmuje też obrazy, rzeźby, fotografie np. Zbigniewa Dłubaka, Marka Piaseckiego, Łodzi Kaliskiej, ale również Miltona Greena (zdjęcie Marilyn Monroe).

24 marca odbędzie się aukcja bibliofilska warszawskiego antykwariatu TOM Tomasza Marszewskiego (www.portolan.pl). Pod młotek trafią 452 pozycje, m.in. wydany w Wilnie w 1939 r. poszukiwany album malarstwa Ferdynanda Ruszczyca (cena. wyw. 1 tys. zł).

Od 65 zł do 100 zł wynoszą ceny wywoławcze patriotycznych nalepek propagandowych, jakie naklejano na okna w 1918 r. Muzealną wartość mają fotografie Michała Daszewskiego, który w czasie pierwszej wojny w 1914 r. dokumentował zniszczenia Częstochowy, Kalisza, Łodzi (cena wyw. 5 tys. zł).

TOM w rankingu antykwariatów nie zajmuje pierwszej pozycji, ale do jego stałych klientów należą np. Biblioteka Narodowa i bibliofil Waldemar Łysiak. ©?

Opinia

Marek Roefler kolekcjoner sztuki

Dobra proweniencja dzieła sztuki ma podstawowe znaczenie. Przede wszystkim potwierdza autentyczność, buduje legendę obrazu, a na światowych rynkach powoduje wzrost jego ceny przy sprzedaży. W 2009 r., choć był już kryzys finansowy, na aukcji w Paryżu padło kilkanaście rekordów cenowych. Licytowano kolekcję, którą stworzył Yves Saint-Laurent, prominentny miłośnik sztuki. W moich zbiorach znajdują się dzieła, które wcześniej należały do słynnych światowych kolekcjonerów, np. Jonasa Nettera i marszanda Leopolda Zborowskiego. To pozytywny snobizm, zdobyć obraz, którym wcześniej zachwycał się Zborowski, znany na świecie przyjaciel Modiglianiego. Krajowe domy aukcyjne we własnym interesie powinny zaznaczać w katalogach udokumentowaną proweniencję. W światowych katalogach takie opisy dotyczące jednego obrazu zajmują czasami dziesięć stron. Reprodukowane są zdjęcia, cytowane listy lub książki, w których obraz został opisany. Dzieło z bogatą proweniencją nobilituje nabywcę. U nas ten potencjał nie jest w pełni doceniony przez rynek. ©?


Wideo komentarz

Powiązane artykuły