Chodzi o pierwsze publiczne oferty akcji, czyli IPO. Głównym tematem dyskutowanym w Dolinie Krzemowej będzie to, czy ten system wciąż funkcjonuje, skoro w ostatnim czasie wiele z największych transakcji nie doszło do skutku.

Jedną z alternatyw dla IPO ma być bezpośrednie wprowadzanie akcji na giełdę (direct listing), które pozwala zrezygnować z obsługi sprzedaży akcji przez banki inwestycyjne na rzecz systemu komputerowego.

– Nie jestem przeciwnikiem bankowców, ale jestem  zwolennikiem algorytmów – powiedział Bloombergowi Bill Gurley, partner w firmie venture capital Benchmark, jednym z organizatorów spotkania, na które zaproszono niewielu bankowców inwestycyjnych.

Gurley i Mike Moritz z Sequoya Capital przez wiele tygodni promowali zalety direct listingu. W tym systemie nie ma miejsca dla banków kupujących wielkie pakiety akcji w przed debiutem, a następnie oferujących te walory w mniejszych pakietach swoim klientom po tej samej cenie.

Gurley twierdzi, że ludzie przez dziesięciolecia  systematycznie niewłaściwie wyceniali IPO. W procesie direct listingu uczestniczy mniej banków doradzających startupom i pomagających w pozyskaniu inwestorów.

Gurley podpiera się wynikami badań Jaya Rittera, profesora  University of Florida, który sprawdza, jak się zachowują akcje po debiucie, czy zostały optymalnie wycenione. Okazało się, że często startupy bywają znacząco niedoszacowane.