REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Pierwsza połowa miesiąca była niekorzystna dla akcji

Trump twierdzi, że tak mocno uderzył, bo Chiny „złamały umowę". Umowę, której przecież nie było, która była w trakcie negocjacji...

Piotr Kuczyński analityk rynków finansowych

Foto: Archiwum

Połowa maja to okres, kiedy powinna się rozpocząć planowana przez rząd debata nad zmianami w OFE. Ja jednak zajmę się tym w kolejnym komentarzu, bo do końca roku zostało jeszcze ponad sześć miesięcy i wiele w planach rządu może się zmienić. Zmiany mogą wynikać zarówno z debaty, jak i wyniku wyborów. Wbrew pozorom to ostatnie może mieć bardzo duży wpływ na decyzje rządu.

Warto jednak powiedzieć, że tuż po konferencji prasowej premiera Morawieckiego uważałem, że rządowe plany są doskonałe dla budżetu, neutralne dla Polaków i bardzo złe dla GPW. Teraz twierdzę (po poznaniu szczegółów), że dla budżetu rozwiązanie jest nadal dobre (ale nie doskonałe), dla Polaków słabe, a dla GPW niedobre (bardzo się tu różnię opinią od Marka Dietla, szefa GPW), a może być fatalne (jeśli wielu Polaków wybierze ZUS).

Na razie jednak giełda przymiera. Prezes PFR Paweł Borys powiedział w jednym z wywiadów, że „rynek akcji przyjął propozycje zmian w OFE bardzo spokojnie, z lekkim optymizmem, a rynek obligacji znacząco się umocnił". Niestety, nie jest to prawda. Owszem, ceny obligacji delikatnie spadły, ale potem szybko wzrosły, a biorąc pod uwagę skutki dla budżetu reformy OFE, powinny spaść zdecydowanie mocniej.

O reakcji GPW może lepiej nie mówić, bo 15 kwietnia (po konferencji premiera) WIG20 nieco stracił, a w kolejnych dniach po informacji premiera GPW była słaba, a na tle innych giełd europejskich bardzo słaba (WIG20 stracił około 10 proc.). To prawda, że podobnie zachował się skompilowany indeks rynków rozwijających się, ale przecież, gdyby propozycja rządowa była dla GPW taka doskonała, to nasz rynek powinien być wyraźnie silniejszy.

I tutaj dochodzimy do sytuacji na globalnych rynkach akcji. Tam od początku maja rozpoczęła się przecena (na wielu rynkach niewielka) wynikająca z działań prezydenta Trumpa. Jak już pewnie wszyscy wiemy, postanowił on przed rozpoczęciem kolejnej fazy rozmów z Chinami obłożyć dodatkowymi cłami (skok z 10 do 25 proc.) części importu i zapowiedział, że zrobi to w stosunku do całej reszty importu.

Trump twierdzi, że tak mocno uderzył, bo Chiny „złamały umowę". Umowę, której przecież nie było, która była w trakcie negocjacji... Wydawałoby się, że stosowanie pałki podczas dyskusji o umowie handlowej powinno zostać mocno skrytykowane. Nic z tych rzeczy. Prezydent zbierał pochwały od części ludzi rynków. Na przykład Lloyd Blankfein, dyrektor generalny Goldmana Sachsa, twierdzi, że cła są „użytecznym narzędziem" w trwającej dyspucie.

Czy Blankfein i Trump wiedzą, co robią? Być może uda im się nawet zepchnąć Chiny do kąta i wywalczyć korzystną dla USA i niekorzystną dla Chin umowę (w to jednak wątpię), ale okaże się, że z rywala na rynkach globalnych stworzą zaciekłego wroga, który zrobi wszystko, żeby powetować sobie upokorzenie. Upokorzenie, które dla Azjatów jest czymś niewyobrażalnym. Czymś najgorszym, co dawniej zmywało się w Japonii przez popełnienie seppuku.

Chiny mają swoje za uszami i dawno powinno się uregulować z nimi stosunki na niwie handlowej na innej płaszczyźnie niż ta obecna (na bazie regulacji Światowej Organizacji Handlu). Jednak sposób Trumpa (niektórzy nazywają to „strategią szaleńca") jest dla świata niezwykle szkodliwy. Pamiętajmy też, że prezydent po załatwieniu spraw z Chinami zabierze się za Europę. Owszem, odroczył o pół roku nałożenie ceł na import aut z UE, ale kto zaręczy, że którejś nocy nie zmieni zdania?

A to, co robią giełdy akcji tańczące w rytm tweetów Trumpa, byłoby śmieszne, gdyby nie było takie groźne. Przy okazji – znajomość tego, co Trump w nocy napisze, dawałaby takiemu inwestorowi potężną przewagę... Nie ma jednak teraz człowieka, który wie, jak skończy się ta paranoiczna gra.

Czekamy teraz na szczyt G20 (28–29 maja), podczas którego Trump ma spotkać się z Xi Jinpingiem, prezydentem Chin. Wszyscy liczą na to, że po spotkaniu komunikat pomoże rynkom. Może i tak będzie, ale jaka jest gwarancja, że za chwilę Trump nie zmieni zdania?

Żyjemy w bardzo niebezpiecznym okresie zwiększonym przez to, że w przyszłym roku w USA odbędą się wybory prezydenckie. Trump zrobi wszystko, żeby je wygrać. Podkręcanie wojny handlowej z Chinami i z UE poprawia mu (na razie nieznacznie) sondaże. Pozostaje pytanie, czy to wystarczy, czy może szykuje się wojna USA z Iranem lub Wenezuelą. Nie założyłbym się o to, czy do niej nie dojdzie, ale na razie rynki tego nie dyskontują.

Piotr Kuczyński

analityk rynków finansowych

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA