Banki

Banki oddają co drugą zarobioną złotówkę

Możliwość osiągania miliardowych zysków okupiona jest stopą opodatkowania sięgającą blisko 50 proc. i wysokimi wymogami kapitałowymi.
Foto: Fotorzepa, Marta Bogacz

Zyski banków mogą przyprawić o zawrót głowy – rekordowy wynik netto sektora, z 2014 r., sięga 16 mld zł i po paru słabszych latach może wrócić do tego poziomu w bieżącym roku. Wybrani kredytodawcy są w stanie wypracowywać ogromne zyski rzędu 3,5 mld zł rocznie, na co ma szansę w tym roku PKO BP, czy około 2,5 mld zł, na co liczy Pekao i BZ WBK, drugi i trzeci gracz na rynku. Jednak bankowość to jedyna branża, dla której tak chętnie publikowane są jej łączne wyniki, a dodatkowo jest prawdopodobnie najmocniej obciążona podatkowo i regulacyjnie.

CIT, podatek bankowy i BFG

Banki od lat są największym płatnikiem CIT – w 2016 r. sektor zapłacił z tego tytułu 4,3 mld zł, w 2017 r. już prawie 4,8 mld zł, a w tym roku kwota ta może zbliżyć się do 5 mld zł. To jednak naturalne obciążenie fiskalne każdego sektora – a że bankowy jest największy, stąd duże kwoty. Jednak od lutego 2016 r. kredytodawcy płacą jeszcze jeden podatek – od aktywów instytucji finansowych. W tym i przyszłym roku obciąży wyniki brutto sektora kwotą odpowiednio około 3,7 mld zł i 3,8 mld zł. Ta nowa danina właściwie z roku na rok ścięła zyski sektora mniej więcej o jedną piątą (porównując obecne wyniki z teoretycznymi bez tego obciążenia). Bankowcy zwracają uwagę, że to jeden z najwyższych tego typu podatków w Europie, który – przeciwnie niż w innych krajach – nie wzmacnia funduszy gwarantujących depozyty, służących zwiększeniu stabilności sektora finansowego, ale trafia bezpośrednio do budżetu państwa. Zresztą polski sektor bankowy był jednym z nielicznych, które bezpiecznie przeszły przez kryzys z lat 2008–2009. Wprawdzie akcja kredytowa banków kontrolowanych przez zagraniczne instytucje u nas mocno przyhamowała, ale nasze banki nie wymagały ratowania i dokapitalizowania przez państwo. Skutki kryzysu w Europie i USA dla banków były znacznie poważniejsze. Na dokapitalizowanie banków Wielka Brytania przez cztery lata wydała 82 mld euro, Niemcy – 64 mld euro, Irlandia – 63 mld euro, Hiszpania – 60 mld euro, Grecja – 37 mld euro, a Francja i Belgia – po około 25 mld euro.

Polscy kredytodawcy na gwarantowanie depozytów płacą osobną składkę – na Bankowy Fundusz Gwarancyjny w ubiegłym roku wydały 2,1 mld zł, a w tym kosztować ich to będzie 2,2 mld zł. To kwoty netto, bo od ubiegłego roku całość składek na BFG nie jest traktowana jako koszt uzyskania przychodu (podobnie jak podatek od aktywów), nad czym bankowcy ubolewają i apelują o możliwość odliczenia tych wydatków od podatku. Znamienne jest także to, że sytuacja kapitałowa banków komercyjnych, będących głównymi płatnikami składek na BFG, jest znacznie lepsza niż SKOK-ów, które płacą na ten cel rocznie po ok. 30 mln zł, a kosztowały fundusz już 4,3 mld zł (z czego udało się odzyskać na razie zaledwie 600 mln zł).

Foto: GG Parkiet

Jeśli dodamy te wszystkie główne obciążenia, okaże się, że realna łączna stopa opodatkowania zysku brutto sektora bankowego przekroczy w tym roku 41 proc. (zakładając, że zysk brutto zwiększy się w tym roku o 12 proc., do 20,56 mld zł, a CIT i podatek od aktywów także urosną i kosztować będą odpowiednio 5 mld zł i 3,7 mld zł). To podobna skala obciążenia jak w 2017 r. i 2016 r., gdy wyniosła odpowiednio 44 proc. i 40 proc.

Ale wspomniane koszty nie są jedynymi. Do tego dochodzą składki, choć już znacznie mniejsze, na Komisję Nadzoru Finansowego czy koszty konieczne do spełniania regulacji, compliance, prowadzenie niektórych obowiązkowych rachunków, zapobieganie praniu pieniędzy itp. (banki uważają, że w części tych zadań bezpłatnie wyręczają państwo). W efekcie z tegorocznego zysku brutto banki będą musiały oddać fiskusowi i funduszom gwarancyjnym prawie co drugą zarobioną złotówkę.

Rentowność nie zachwyca

W całej tej układance nie można pominąć wymogów kapitałowych, czyli kolejnego elementu, który w ostatnich latach przyczynił się do spadku rentowności sektora mierzonej zwrotem z kapitałów własnych (ROE). Od 2009 r. do końca 2017 r. łączne kapitały polskich banków urosły aż o 91 proc., podczas gdy kredyty jedynie o 68 proc., a zysk netto z 2017 r. (13,6 mld zł) okazał się nawet nieco niższy niż ten z 2008 r. To pokazuje, że w ostatnich latach motorem zysku netto była rosnąca skala działalności dzięki zwiększonej akcji kredytowej, a nie poprawa rentowności. Większy bilans i rachityczny wzrost zysku netto spowodowały spadek wskaźników rentowności. ROE z niskich dwucyfrowych poziomów spadło do 6,6 proc. w 2015 r., 6,7 proc. w 2016 r. i 7,6 proc. w 2017 r. W tym roku może wzrosnąć do 8–9 proc. Wiele banków osiąga ROE poniżej kosztu pozyskania kapitału, co zdaniem ekspertów nie jest możliwe do utrzymania w długim terminie i skutkować musi nasileniem konsolidacji (co już następuje). Przerzucanie kosztów podatku i innych obciążeń na klientów nie jest takie łatwe ze względu na wciąż dużą konkurencję, co widać chociażby po zaostrzającej się walce cenowej w kredytach dla firm i stabilnych cenach kredytów konsumpcyjnych. Jedynie w mieszkaniowych udało się bankom podnieść ceny, choć nieznacznie. Tylko dzięki dużej nadpłynności (przewadze i szybszym wzroście depozytów nad kredytami) banki mogły obniżać koszty finansowania i poprawiać marżę odsetkową. Wynik prowizyjny, mimo dość licznych podwyżek w tabeli opłat, nie rośnie dynamicznie, a jeśli już się zwiększał, to głównie za sprawą większej liczby transakcji klientów, dochodów z wymiany walut czy dzięki rynkom kapitałowym.

Kilkanaście miliardów zysku netto sektora bankowego robi wrażenie. Trzeba jednak pamiętać, że możliwość osiągnięcia takiego zysku okupiona jest koniecznością zgromadzenia wysokich kapitałów. Polskie banki są jednymi z najlepiej skapitalizowanych w Europie, mają wysokie współczynniki wypłacalności (na koniec roku Tier1 i TCR wyniosły odpowiednio 17,3 proc. i 19 proc., minima europejskie to 6 proc. i 8 proc.). Współczynniki są tak wysokie, pomimo że sposoby ich obliczania są u nas bardziej rygorystyczne niż w innych krajach (zdecydowanie wyższe są na przykład wagi ryzyka, czyli współczynniki używane do obliczenia wymogu kapitałowego, na kredyty mieszkaniowe). Skutkiem dużych kapitałów (obecnie już ponad 200 mld zł) jest obniżenie wskaźnika ROE do poziomów, które nie wszystkich satysfakcjonują. Stąd niektóre zagraniczne banki decydują się na wyjście z naszego kraju (Deutsche Bank, Societe Generale, Raiffeisen Bank International). Inne branże, jak handel czy technologie, osiągają znacznie wyższe ROE niż bankowość.

Duże zyski, ale zatrzymane

Miliardowe zyski robią wrażenie, ale problem w tym, że możliwość ich wypłaty akcjonariuszom w postaci dywidend została w ostatnich latach bardzo mocno ograniczona (zysk trafiał na kapitały, co znowu je zwiększało i obniżało rentowność). Niskie wskaźniki wypłat spowodował ogólny wzrost wymogów kapitałowych i dywidendowych w połączeniu z niższą rentownością, co w przypadku planowanego wzrostu akcji kredytowej ograniczyło potencjał dywidendowy kilku instytucji. Ale przede wszystkim to efekt umocnienia franka szwajcarskiego do złotego z 2015 r., po którym KNF czasowo zakazała wypłaty dywidend bankom mającym sporo hipotek frankowych. Dlatego Millennium przez cztery lata nie wypłacił ani złotówki, mBank i PKO BP przez trzy (zrobią to dopiero w tym roku), a w BZ WBK dywidenda była mocno ograniczona.

W ostatnich latach tylko niewielka część zarobku banków (około jednej czwartej) trafiała do podziału: w 2017 r. z zysku za 2016 r. wynoszącego 13,9 mld zł dywidendy o łącznej wartości 3,41 mld zł wypłaciły tylko trzy giełdowe banki odpowiadające za prawie całość dywidend w sektorze: Pekao, Handlowy i BZ WBK. W tym roku jest już nieco lepiej – sześć giełdowych banków wypłaci w sumie 4,48 mld zł dywidend z 13,6 mld zł zysku wypracowanego w 2017 r. Sytuacja będzie się poprawiać wraz ze spadkiem udziału hipotek frankowych w portfelach banków.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły