Analizy

Pięć minut dla byków

W ostatnich kilku dniach WIG20 skwapliwie wykorzystywał osłabienie dolara i poprawę nastawienia inwestorów do rynków wschodzących.
Foto: AFP

Liczba zagrożeń i poziom ryzyka na rynkach finansowych wciąż nie ulegają zmianie, jednak dzięki chwilowemu osłabieniu dolara, giełdowe byki mogły w ostatnich dniach nieco odetchnąć.

Na Wall Street rekordy z korektą

Choć w gronie rynkowych analityków pojawiły się ostatnio różnice zdań, w kwestii tego czy obecna hossa na nowojorskim parkiecie już zasługuje na miano najdłuższej w historii, czy jeszcze jej trochę brakuje, dla inwestorów nie ma to większego znaczenia. Amerykańskie indeksy rosną i nie ma co dzielić włosa na czworo. Ten, kto się boi, może bez problemu sprzedać akcje po dobrej cenie, a kto się nie lęka, może kupować, pamiętając o tym, że teoria większego frajera jest zawsze aktualna. W minionym tygodniu historyczne rekordy pojawiły się w przypadku S&P 500 i Russell 2000, choć tuż po ich osiągnięciu miała też miejsce niewielka spadkowa korekta. Nasdaq z wyciskaniem maksimów ma już pewne kłopoty, ale tu nigdy nic nie wiadomo, szczególnie gdy w składzie ma się takie spółki jak choćby Tesla. Dow Jones do rekordów nie tęskni i nie wiadomo, czy się ich w tym „rozdaniu" doczeka, ale to przecież tylko trzydzieści firm, więc nie ma się nad czym rozczulać, choć niektórzy w tej dywergencji amerykańskich indeksów doszukują się sygnałów ostrzegawczych. Na razie obaw nie wzbudziły ani perspektywa kolejnych kłopotów Donalda Trumpa, ani kolejna runda w amerykańsko-chińskiej wojnie celnej, ani potwierdzenie niemal pewnej kolejnej podwyżki stóp procentowych przez Fed, ani kolejne oznaki niezadowolenia amerykańskiego prezydenta z zaostrzania polityki pieniężnej, ani zbliżający się moment „odwrócenia" krzywej rentowności obligacji skarbowych w USA. W tym kontekście zasadne staje się pytanie, co jeszcze musiałoby się stać, by załamać hossę na Wall Street. Na pewno coś się znajdzie, tylko nie wiadomo kiedy.

Foto: GG Parkiet

O rekordach nie ma mowy w przypadku giełd europejskich. DAX co prawda nie przejmował się umocnieniem euro i próbował przedostać się powyżej 12 400 punktów. Do czwartku ta sztuka się nie udała, ale i tak indeks zyskał od niedawnego dołka ponad 1,5 proc. Co będzie dalej, nie wiadomo, bo z jednej strony mamy spadkową formację głowy z ramionami, z drugiej dające szansę na dalszy wzrost podwójne dno, a z trzeciej Donalda Trumpa.

Nadal niewyjaśniona pozostaje sytuacja rynków wschodzących. MSCI Emerging Markets ETF od dołka z 15 sierpnia wzrósł do minionej środy o ponad 4 proc., powracając powyżej 43 punktów, jednak w czwartek pod wpływem umacniającego się dolara znów znalazł się poniżej tego poziomu. Notowania Shanghai Composite ustabilizowały się nieco powyżej 2700 punktów, ale kolejna runda w wymianie „celnych" ciosów może tę równowagę w każdej chwili zaburzyć.

WIG20 nie boi się dolara

W ciągu kilku ostatnich dni indeks naszych największych spółek skwapliwie wykorzystywał osłabienie się amerykańskiej waluty i idącą za nim poprawę nastawienia do rynków wschodzących. Warto jednak zwrócić uwagę na sięgającą 1,2 proc. zwyżkę WIG20 w miniony czwartek, gdy dolar wyraźnie zyskiwał na wartości, a złoty tracił wobec niego prawie 1 proc. Tej „dywergencji" towarzyszyły zdecydowanie wyższe obroty. Trudno na gorąco o jednoznaczną interpretację takiego zachowania indeksu, a testu jego siły należy spodziewać się w najbliższych dniach, tym bardziej że dotarł on w okolice ważnego technicznego oporu, atakując niedawne lokalne szczyty z końca lipca i z 9 sierpnia. Co prawda w miniony czwartek pokonać się ich ostatecznie nie udało, ale sama próba warta jest odnotowania. Nie można wykluczyć spadkowej korekty, a z jej przebiegu i zasięgu będzie można wnioskować o dalszych losach trendu. Generalnie będą one zależeć od nastrojów globalnych graczy, ale utrzymująca się względna siła wobec MSCI Emerging Markets sygnalizuje możliwość optymistycznego scenariusza. WIG20 w trakcie pierwszych czterech sesji minionego tygodnia zyskał 4,7 proc., podczas gdy wskaźnik rynków wschodzących wzrósł jedynie o nieco ponad 1 proc., a indeks naszych blue chips liczony w dolarach podskoczył aż o 6,7 proc., najmocniej od końca sierpnia ubiegłego roku.

W ostatnich dniach zdecydowanie największą siłą wyróżniał się sektor finansowy. WIG Banki w trakcie czterech sesji zyskał 6,3 proc., notując największy tygodniowy skok od końca 2016 r. Trudno wskazać konkretne powody tak dużego zainteresowania akcjami spółek finansowych, ale to zdecydowanie dobry znak dla perspektywy wzrostu WIG20. Słabo za to spisywały się firmy energetyczne.

Wciąż niewiele dobrego można powiedzieć o segmencie małych i średnich firm. mWIG40 trzyma się powyżej 4200 punktów, które można uznać za poziom technicznego wsparcia, ale oddalił się od niego o zaledwie 50 punktów, a w trakcie pierwszych czterech sesji minionego tygodnia zyskał jedynie „niskie" kilka dziesiątych procent, przy malejącym wolumenie handlu. Sporym obciążeniem dla indeksu średniaków były papiery Kruka, Comarchu, Enei, Dino i Banku Handlowego. Największe powody do niepokoju mogą mieć posiadacze akcji dwóch ostatnich firm. Po publikacji lepszych wyników Dino, niż się spodziewano i wzroście zysku netto w drugim kwartale o ponad 50 proc., kurs akcji spółki rósł jedynie przez kilkadziesiąt minut, po czym poszedł ostro w dół, zbliżając się w czwartek w ciągu dnia do 90 zł, co oznaczało spadek od majowego maksimum o ponad 19 proc. Ostatecznie skończyło się zamknięciem na poziomie 95 zł, czyli niewiele lepiej. Prawie 4-proc. czwartkowy spadek notowań papierów Banku Handlowego to także spore rozczarowanie, biorąc pod uwagę również bardzo dobre wyniki finansowe, zaprezentowane tego dnia, jak i dobrą postawę papierów pozostałych banków. Niedobre wrażenie zrobił także sięgający w czwartek niemal 5 proc. spadek walorów Kruka, powodujący wyłamanie się dołem z kilkutygodniowej konsolidacji. Przeciwwagą dla spadkowiczów były mocno zwyżkujące papiery Budimeksu, GTC, Wirtualnej Polski, CI Games i Play.

Indeks najmniejszych spółek wciąż osuwa się „pod własnym ciężarem", nie wykazując oznak zmiany tej tendencji. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się ponowne testowanie dołka z końca czerwca. Ubiegłotygodniowy (do czwartku) bilans to spadek o prawie 1 proc., a sierpniowy „dorobek" to zniżka o ponad 2,5 proc. Do wspomnianego żargonowego „własnego ciężaru" najmocniej przyczyniły się taniejące o ponad 30 proc. walory PCM i niewiele im ustępujące akcje Getin Holding oraz zniżkujące o prawie 15 proc. papiery Rainbow Tours.

Towary na walutowej smyczy

Kilkudniowe osłabienie amerykańskiej waluty przyniosło nieco wytchnienia na zdołowanym rynku towarowym. O tym, na jak krótkiej smyczy trzymane są notowania większości surowców, świadczy reakcja na czwartkową aprecjację dolara. Od załamania z 15 sierpnia do minionej środy CRB Index zdołał odbić się jedynie o nieco ponad 2 proc. Czwartek przyniósł zastopowanie tej tendencji i niewielki spadek wskaźnika. Jak zwykle najmocniejszą reakcję na wahania kursu dolara wykazywało złoto. Notowania kruszcu z trudem zdołały powrócić w okolice 1200 dolarów za uncję, by w czwartek ponownie znaleźć się kilka dolarów poniżej tej psychologicznej bariery, zniżkując o prawie 1 proc. Podobnie było w przypadku miedzi, gdzie kontrakty na ten metal do połowy minionego tygodnia wspinały się w kierunku 270 centów za funt, a w czwartek ponownie odpadły od tego poziomu, tracąc ponad 1 proc. Po około 2 proc. zniżkowały notowania srebra i platyny.

Z „dolarowego" schematu wyłamały się w ostatnich dniach ceny ropy i sporej części towarów rolnych, głównie zbóż. Tym ostatnim nie wyszło to zresztą na dobre. Notowania pszenicy w trakcie pierwszych czterech sesji minionego tygodnia zniżkowały o prawie 6 proc., zaliczając największy spadek od maja. Jak widać, susza nie objęła całego globu i w niektórych rejonach zbiory zapowiadają się nie najgorzej, a i zapasy są pokaźne. Mocno w dół poszły też ceny kukurydzy i soi.

Sięgający 3 proc. w przypadku WTI i 4 proc. dla Brent, wzrost notowania ropy zawdzięczają środowej informacji o znacznie większym, niż się spodziewano spadku zapasów surowca w Stanach Zjednoczonych. Zrobiła ona na inwestorach tak duże wrażenie, że czwartkowa „dolarowa" korekta była na rynku ropy niemal niezauważalna. Trudno jednak liczyć, że sam spadek amerykańskich zapasów wystarczy, by odwrócić zniżkową tendencję, a na wzrost popytu na ropę raczej się nie zanosi.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły