Obecna sytuacja na GPW jest trudna. Najlepiej pokazuje to fakt, że WIG20 oraz WIG zakończyły 2015 rok na sporych minusach. Dlatego coraz większa grupa inwestorów zastanawia się, co począć ze swoimi akcjami.

Gdy strach zagląda w oczy

Wyobraźmy sobie inwestora, który ma w swoim portfelu akcje Enei oraz Getin Noble Banku. Inwestor, mając nadzieję na ewentualne odbicie po mocnej przecenie tych akcji w trzech pierwszych kwartałach 2015 r., uznał, że warto było kupić te walory na ostatni kwartał. Czas mija, a spółki (jak i całe branże) nadal pozostają w trendzie spadkowym. Ciśnienie rośnie, co robić? Czekać dalej czy sprzedawać akcje?

Czytelnicy „Parkietu" mogą jednak nie mieć zbyt wiele sympatii dla takiego inwestora, ponieważ kupował akcje w trendzie spadkowym i w zasadzie jest sam sobie winien.

Dlatego przedstawmy jeszcze inną – łagodniejszą – sytuację. Młody adept sztuki giełdowej po dokonaniu analizy fundamentalnej i szczegółowym prześwietleniu spółki postanowił w nią zainwestować. Niestety, po kilku miesiącach notuje kilkunastoprocentową stratę. Inwestor nadal wierzy w spółkę, ale dotychczasowe straty dostarczają mu sporo stresu. Dodatkowo ma ograniczone fundusze i nie chce zaczynać nowych inwestycji przez zamknięcie dotychczasowej. Ostatecznie postanawia jeszcze zaczekać.

Efekt utopionych kosztów

Przedstawione powyżej sytuacje utwierdzają w przekonaniu, że na rynku, poza wiedzą finansową, bardzo ważna jest również wiedza psychologiczna. Dlatego tak mocno w ostatnich latach rozwijają się finanse behawioralne, które są nauką włączającą do rozważań nad zachowaniami rynków finansowych oraz ich uczestników również zagadnienia psychologiczne, społeczne i antropologiczne.

Ciekawym zjawiskiem z zakresu finansów behawioralnych jest efekt utopionych kosztów, który stanowi jedną z konsekwencji awersji do strat, czyli niechęci do wycofania się z projektu, który przynosi straty, i rozpoczęcia zamiast niego nowego przedsięwzięcia.

Inwestorzy zbyt długo przetrzymują taniejące akcje, choć z wielu powodów bardziej opłacalne byłoby ich odsprzedanie. Jednak pasjonaci giełdy zaczynają wydłużać horyzont inwestycji, aby uwolnić się od nieprzyjemnego uczucia poniesienia straty. Jak zauważa w swojej książce „Giełda i psychologia. Behawioralne aspekty inwestowania na rynku papierów wartościowych" Piotr Zielonka, im większe środki (pieniądze, energię, zaangażowanie) włożono w jakiś projekt inwestycyjny, tym większa niechęć do decydowania o rezygnacji z tego projektu, bez względu na szanse jego powodzenia.

Obawa przed porażką

Dlaczego inwestorom tak trudno się przyznać przed sobą do porażki i zamknąć szybko pozycję przynoszącą straty?

– Mało kto potrafi i chce się przyznać do porażki, nie inaczej jest w wypadku otwierania pozycji na rynku. Zazwyczaj szukamy osoby czy zdarzenia, na które moglibyśmy zrzucić winę. Ale tak jest wszędzie. Sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą – przecież to powiedzenie nie wzięło się ze świata finansów. Inwestorom ciężko jest się przyznać do porażki, ponieważ tak funkcjonuje nasza psychika – mówi Tomasz Wiśniewski, specjalista ds. strategii rynkowych TMS Brokers.

Krzysztof Kosy, psycholog biznesu, wymienia cztery podstawowe przyczyny tego, że każdemu z nas trudno się przyznać do porażki.

– Po pierwsze, godzi to w nasze poczucie własnej wartości i rani własne ego. Okazuje się, że nie jesteśmy tak dobrym inwestorem, jak skłonni byliśmy mniemać. Tracimy wiarę, że mamy potencjał Warrena Buffetta – mówi.

Dodatkowo włącza się obawa przed negatywną oceną innych. – Wielu z nas ma naturalną tendencję do ukrywania wszelkich porażek, a co dopiero takich, które wiążą się z finansową stratą. Kiedyś rozmawiałem z inwestorem (człowiekiem sukcesu skądinąd), który powiedział, że gdyby jego żona wiedziała, ile stracił na różnych inwestycjach, to dawno dostałaby zawału albo się z nim rozwiodła – dodaje Krzysztof Kosy.

Psycholog podkreśla również, że w przypadku ewentualnej porażki tracimy poczucie kontroli i możemy zacząć się obawiać, że kolejne decyzje inwestycyjne także będą nietrafne. Inaczej rzecz ujmując – tracimy pewność siebie, a inwestowaniu zaczyna towarzyszyć więcej stresu.

– Działa też tzw. reguła zaangażowania. Mówi ona o tym, że mamy naturalną tendencję do brnięcia w różne działania, jeśli włożyliśmy w nie dotychczas już dużo wysiłku, także tego emocjonalnego. Dotyczy to różnych irracjonalnych przedsięwzięć, niekoniecznie związanych z inwestowaniem w papiery wartościowe. Przykładowo trwanie w toksycznych relacjach albo budowa domku letniskowego, do którego nikt z rodziny nie chce jeździć – tłumaczy Krzysztof Kosy.

Stop loss na ratunek

Przed efektem utopionych kosztów i rozterkami dotyczącymi decyzji o naszych inwestycjach przynoszących straty możemy się jednak stosunkowo łatwo obronić.

– Pozycja przynosząca straty powinna zamknąć się automatycznie na zleceniu obronnym stop loss, o którym myślimy przed otwarciem pozycji, a ustawiamy je dokładnie w tym samym momencie. Nie ma mowy, aby stosować tak zwany stop loss umowny, intuicyjny czy przykładowo czekać na rozwój sytuacji bez zabezpieczenia pozycji. Rodzi to ogromny problem, także związany z naszą psychiką – uważa Tomasz Wiśniewski.

I dodaje: – Jeżeli pozycja pójdzie w złą stronę, naturalnym naszym ruchem będzie niestety myślenie życzeniowe. Będziemy ignorować niekorzystne sygnały płynące z rynku i na siłę szukać argumentów za naszą pozycją. Nawet jeżeli będą bardzo wątpliwe, to w naszych oczach będą rosły i będą stanowiły filar naszego błędnego postępowania. Nadzieja umiera ostatnia, a walka na rynku samą nadzieją źle się kończy.

– Stop loss powinien być ustawiony, zanim wejdziemy na rynek, gdyż wtedy patrzymy w miarę obiektywnie i chłodno, w miejscu, w którym nasze początkowe spojrzenie na rynek traci już sens – podkreśla ekspert TMS Brokers.

Stwórz plan działania

Niezależnie od tego, jak mocno wierzymy w wytypowaną przez nas spółkę, zawsze trzeba brać pod uwagę czarny scenariusz.

– Po pierwsze, musimy zdać sobie sprawę z tego, że każda pozycja musi mieć plan A – wyjścia z zyskiem, ale też plan B – wyjścia ze stratą. Plan B jest tutaj nawet ważniejszy. Każda pozycja powinna być zaopatrzona w te dwa plany przed jej otwarciem – zaznacza Tomasz Wiśniewski.

Stosując takie podejście, uzyskujemy kontrolę nad naszą inwestycją.

– Wielu traderów dochodzi do tego wniosku po czasie, mówiąc, że ingerencja w transakcje w trakcie ich trwania robi więcej złego niż dobrego. Należy otworzyć pozycję, ustawić zlecenia obronne i realizujące zyski i zapomnieć. Dzięki temu odciążamy największego chochlika rynku, czyli nasze emocje i naszą psychikę. Niestety, żeby stosować takie podejście, musimy być bardzo konsekwentni i zdyscyplinowani, a to wymaga treningu i doświadczenia –podsumowuje specjalista ds. strategii rynkowych TMS Brokers.

Bogactwo doświadczenia

Porażki mogą różnie działać na inwestorów. Jednych zniechęcają do dalszej aktywności na rynku akcji, ale u innych mogą podrażnić ambicję. Dlatego warto z porażek wyciągać jak najwięcej lekcji.

– Pierwsza rada to konstruktywna racjonalizacja porażki, czyli poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego się nie udało. Warto się zastanowić, czego się nauczyłem z tej porażki, jakie mogłem wyciągnąć wnioski. Nawet jeśli te wnioski nie będą szczególnie odkrywcze, to poczujemy się bogatsi: nie o pieniądze, a o doświadczenie. Ale jednak bogatsi. A czy nie o to chodzi w inwestowaniu? – mówi Krzysztof Kosy.

Druga podpowiedź psychologa to unikanie niekonstruktywnej racjonalizacji porażki, czyli „straciłem, ponieważ zmienił się rząd w kraju albo dzieci sprawiały kłopoty, i przez to podejmowałem błędne decyzje".

redakcja@parkiet.com

Efekt utopionych kosztów w publikacjach ekspertów finansów behawioralnych

„Przykładem efektu utopionych kosztów na rynku finansowym jest zachowanie day-traderów. Jeśli odnotowali oni straty w godzinach przedpołudniowych, po południu wykazują większą skłonność do ryzyka, gdyż starają się zakończyć dzień z zyskiem.

Bywają przypadki, kiedy specyficzna kultura organizacyjna firmy wzmacnia wręcz występowanie efektu utopionych kosztów, na przykład wtedy, gdy menedżerowie są zbyt surowo karani za podjęcie decyzji prowadzących do powstania straty. W takich sytuacjach kadra zarządzająca może kontynuować nieudane projekty po to, by jak najpóźniej wykazać, że zakończyły się stratami.

Unikanie efektu utopionych kosztów wiąże się z trzeźwym spojrzeniem na prawdopodobieństwo odzyskania utraconych środków. Jeśli okaże się, że to prawdopodobieństwo jest bardzo małe lub wręcz równe zeru, wtedy łatwiej zrezygnować z nieudanego projektu inwestycji".

Piotr Zielonka, „Giełda i psychologia. Behawioralne aspekty inwestowania na rynku papierów wartościowych"

„Wyobraźmy sobie, że ktoś zaproponował nam udział w grze, w której możemy stracić lub zyskać pieniądze z równym prawdopodobieństwem, czyli wynoszącym po 50 proc. Strata wynosi dokładnie 100 zł. Ile musiałby wynosić zysk, abyśmy zdecydowali się zagrać? Typowa odpowiedź oscyluje wokół zysku równego 250 zł, co oznacza, że waga przypisywana przez nas stratom jest ok. 2,5 razy większa od wagi przypisywanej zyskom. Na tym właśnie polega efekt awersji do strat, który bardzo często można zaobserwować w zachowaniu inwestorów na giełdzie, kiedy przybiera postać tak zwanego efektu utopionych kosztów (sunk cost). Inwestorzy zbyt długo przetrzymują taniejące akcje, choć z wielu powodów bardziej opłacalne byłoby ich odsprzedanie. Jednakże dopóki taniejąca akcja nie zostanie sprzedana, dopóty inwestor jest wolny od nieprzyjemnego poczucia poniesienia straty".

Tomasz Zaleśkiewicz, „Psychologia ekonomiczna"