Mroczne widmo bessy i recesji ponownie zagościło na pierwszych stronach gazet. Trudno oprzeć się wrażeniu, że słabość polskiej giełdy z ostatniego kwartału 2015 r. okazała się świetnym wskaźnikiem wyprzedzającym dla rynków akcji na Wall Street oraz w Europie.
Oczywiście oficjalna wersja głosi, że to tąpnięcie na chińskim parkiecie wywołało giełdową lawinę (choć są i tacy, którzy winą za spadki obarczają kinową premierę filmu „Big Short"). Być może spadki w Szanghaju rzeczywiście były detonatorem, ale na pewno nie stanowiły materiału wybuchowego, który rozsadził rynki akcji na początku roku. Trzeba pamiętać, że wcześniejsze szalone zwyżki na tamtejszej giełdzie nie miały żadnego fundamentalnego uzasadnienia. Nie były podparte nawet nadziejami na poprawę w gospodarce lub na wzrost zysków w spółkach (wykres 1). W Chinach wprowadzono jedynie zmiany regulacyjne, które miały stopniowo otwierać lokalne giełdy na świat. Wydawało się, że przestał istnieć powód do występowania dyskonta w wycenach tych samych spółek notowanych w Szanghaju w stosunku do ich kursów z Hongkongu. Ponieważ lokalne giełdy zdominowane są przez drobnych graczy, dla których stanowią one łatwo dostępną wersję ekskluzywnych kasyn w Macao, pierwsza fala wzrostu cen akcji kwotowanych w juanach pobudziła żyłkę hazardu i zaczęła się spekulacja na szeroką skalę.