Zadyszka na Nasdaq

Pojawiające się co chwila problemy dotykające kolejnych spółek działających w branży internetowej uświadomiły zachodnim inwestorom, że biznes ten podlega takim samym prawom, jak reszta gospodarki. Pojawiające się coraz częściej informacje o kłopotach firm internetowych sprawiają, że ?ciekawe? rzeczy na Nasdaq mogą być przed nami.

Jeszcze pod koniec maja tygodnik ?Newsweek? w artykule o młodych szefach spółek internetowych, którzy dzięki wprowadzeniu swoich firm na giełdę z dnia na dzień stali się miliarderami, nie bez dozy ironii zalecał: Masz mniej niż 25 lat i nie jesteś jeszcze miliarderem? Żadnego pomysłu na IPO (pierwotną ofertę publiczną)? Ciągle jest na to czas.Wystarczyło kilka miesięcy, aby hurraoptymizm wyparował, ustępując miejsca coraz większym obawom o przyszłość e-spółek, które powstawały w ostatnim czasie, jak grzyby po deszczu. Do ważniejszych wydarzeń ?po drodze? można zaliczyć pierwsze e-bankructwo ? upadek brytyjskiej firmy Boo.com i informacje o problemach kolejnych firm, jak np. Amazon.com.Rafał Gębicki, dyrektor finansowy Elektrim-Telekomunikacja, wyraził opinię, że ?sądny dzień? dla Nasdaq nastąpi w momencie bankructwa jakiejś dużej spółki internetowej. ? Nie chciałbym mieć wtedy żadnych akcji ? stwierdził. Na razie nic takiego nie nastąpiło.Cisza przed burzą?Od kilku miesięcy amerykański rynek Nasdaq, będący wyrocznią nowej gospodarki, porusza się w trendzie horyzontalnym. Jeśli patrzeć na nową gospodarkę tylko poprzez pryzmat aktualnego poziomu samego indeksu elektronicznego rynku, nasuwa się jeden wniosek: uspokoiło się i nie wiadomo, co będzie dalej.Jednak osoby, które dłużej obserwują Nasdaq, nie mają z reguły wątpliwości, że jest to stan przejściowy. Zdaniem Andrzeja Kosińskiego, doradcy inwestycyjnego ABN Amro Asset Management, wątpliwe jest, aby jeszcze raz doszło do irracjonalnego wzrostu cen akcji spółek internetowych, zjawiska z przełomu ubiegłego i tego roku. ? Bardziej prawdopodobne są selektywne wzrosty notowań części firm. Niektóre z nich notują bowiem bardzo dynamiczny wzrost przychodów i stopniowo poprawiają wyniki finansowe ? mówi A. Kosiński.Choć wiele firm z Nasdaq od szczytu swoich notowań straciło na wartości już ponad 50%, wciąż otwarte pozostaje pytanie, czy najgorsze już minęło. Zakładając, że na giełdach nadal panują znane od stuleci reguły, które sprawdzały się w czasie poprzednich cykli koniunkturalnych, można mieć wątpliwości. Humory prezesów e-spółek oraz inwestorów angażujących w te firmy pieniądze nie są wprawdzie takie, jak kilka miesięcy temu, ale nikt nie mówi o ?krachu?, tylko o ?korekcie?. Trudno się temu dziwić. Ludzie biznesu, w przeciwieństwie do tracących cierpliwość inwestorów, są ? i zawsze powinni być ? optymistami. Zaś duże pokłady optymizmu mogą świadczyć, że do prawdziwego dna Nasdaqowi wciąż daleko.Uwaga na płynnośćDo problemów, którymi żyje Nasdaq, można zaliczyć pozyskiwanie nowych kapitałów. Znaczna przecena akcji sprawiła, iż pierwotne oferty publiczne, które zaledwie na początku tego roku były maszynkami do robienia pieniędzy z powodu braku spektakularnych ?przebitek? (de facto dużych strat), cieszą się dziś wybiórczym zainteresowaniem inwestorów.Zdaniem Rafała Gębickiego, jedna z fundamentalnych zmian, które zaszły w ostatnich miesiącach w branży internetowej, to zmiana sposobu wyceny spółek. ? Spółki te zaczęto wyceniać, tak jak inne podmioty. Skończyło się przyjmowanie odmiennych kryteriów wyceny dla podmiotów tzw. starej i nowej gospodarki ? mówi Rafał Gębicki.W szczytowym momencie internetowej gorączki nikt dokładnie nie wiedział, jak wyceniać spółki internetowe. Kryterium była więc określona wartość pomnożona przez liczbę subskrybentów danego serwisu, traktowanych jako potencjalnych klientów generujących przychody i zyski. Założenia te były już na samym początku dość optymistyczne. Z badań przeprowadzonych w Polsce wynikało np., że aż 40% rodzimych internautów nie posiada żadnych dochodów (czytaj: nadal żyje garnuszku rodziców).Swoje wyniki finansowe za ostatni kwartał opublikował brytyjski detalista internetowy Lastminute.com, zajmujący się m.in. sprzedażą biletów lotniczych przez internet. W kwartale kończącym się 30 czerwca spółka zmniejszyła stratę do 9,27 mln funtów z 11 mln w poprzednim kwartale. Prezes firmy Brent Hoberman poinformował także, że lipiec był najlepszym miesiącem w historii firmy. Posiada ona już 2,1 mln użytkowników, co bynajmniej nie oznacza, że wszyscy są ?realnymi? klientami. Aby zostać użytkownikiem Lastminute, wystarczy bowiem wejść na stronę firmy i wysłać do niej e-mail z kilkoma podstawowymi danymi (np. licząc na bezpłatny bilet lotniczy, który można wygrać).? Coraz większą wagę przywiązuje się teraz do kwestii płynności finansowej ? mówi A. Kosiński. Dodaje, że nawet w okresie największego zainteresowania internetem nikt nie krył, że biznes ten nie będzie od razu dochodowy. W czasach gdy trudniej o nowe źródła finansowania, problem płynności wysuwa się na czołowe miejsce. ? Mimo opinii sceptyków, wiele firm działających w branży internetowej ma przed sobą bardzo obiecujące perspektywy wyjścia na plus. Teraz przynoszą jednak straty i mogą zbankrutować w przypadku utraty płynności ? podkreśla A. Kosiński.Problemy niewirtualneTaka groźba wisiała niedawno na wymienianym już Amazon.com, największą na świecie księgarnią internetową, która ma problemy z płynnością, gdyż boryka się z trudnościami ze ściąganiem należności za dostarczone książki. Opublikowane niedawno wyniki za drugi kwartał pokazały, że spółce nie udało się osiągnąć zakładanego wzrostu przychodów o 90% (wzrosły jedynie o 84%). Zwiększyła za to stratę netto, choć akurat tego analitycy się spodziewali.Tuż po publikacji wyników Merrill Lynch obniżył rekomendację dla Amazon z kupuj do akumuluj. Na wiadomości o wynikach akcje Amazon staniały o 15%, do ok. 32 USD. Analityk ML Henry Blodget, który wystawiał rekomendacje dla spółki, podkreślał jednak dobre strony: ?przykład Amazon pokazuje kontynuację transformacji od wzrostu do zyskowności?. Inaczej mówiąc, kryterium wartości spółki przestaje być liczba klientów, którzy wchodzą na stronę Amazon.com, ale są nią realne przychody, które klienci zostawiają w księgarni.Według szacunków amerykańskich, wartość transakcji zawieranych przez internet stanowi jedynie 0,6% obrotów całego handlu. Mało kto wierzy już we wcześniejsze raporty, sugerujące, że ludzie bardzo szybko porzucą ?tradycyjne? sposoby zakupów na rzecz sieci. Trudności z przyciągnięciem klientów wynikają chociażby z wciąż dużych obaw o bezpieczeństwo takich transakcji.Przy okazji sprawy Amazon.com, warto też zwrócić uwagę na innych aspekt: rynek e-commerce jest na tyle szczupły, że nie ma na nim miejsca na zbyt wielu graczy. Z problemem tym zderzyła się w ostatnich dniach konkurencyjna wobec Amazon księgarnia Barnesandnoble.com, wspólna inicjatywa amerykańskiego wydawnictwa Barnes & Noble oraz niemieckiego koncernu medialnego Bertelsmann. Wyniki finansowe Barnesandnoble.com okazały się jeszcze gorsze niż Amazon.com. Zdaniem Davida Ricci, analityka William Blair & Co., przykład ten świadczy o tym, że rynek zakupów książek przez internet został szybko nasycony, a w rzeczywistości jest znacznie mniejszy, niż spodziewali się menedżerowie obydwu firm.Przyszłość będzie lepszaPrzynajmniej w jednym analitycy są zgodni. Niezależnie od bieżących kłopotów trapiących spółki internetowe, na dłuższą metę nic nie zatrzyma postępu i zmian w związku z upowszechnieniem internetu, które czekają gospodarki i społeczeństwa państw. Jednak droga do tego wydaje się odległa.? Mimo że gorączka minęła, rynek ten nadal sterowany jest w dużej mierze emocjami ? podkreśla A. Kosiński. Choć ? jego zdaniem ? trudno przewidzieć najbliższą przyszłość, doradca ABN Amro jest optymistą w nieco dłuższym horyzoncie.

GRZEGORZ BRYCKI