Okazuje się, że są sposoby na poprawę koniunktury giełdowej, o których nie mieliśmy bladego pojęcia. Pewien inwestor wykradł, tak przynajmniej twierdzi, z mauzoleum nad Lago Maggiore trumnę ze zwłokami Enrico Cucii, byłego szefa włoskiego Mediobanca, wiodącego na tym rynku banku inwestycyjnego, silnie powiązanego z innymi instytucjami finansowymi. Za życia Cucii mówiono, że trzęsie on mediolańską giełdą i indeksy zmieniają się zgodnie z jego wolą. Popularne było powiedzenie, czego chce Cuccia, chce tego też Bóg.Porywacz nie żąda okupu, warunkiem powrotu trumny do mauzoleum jest wzrost indeksu MIB30 do 50 000 punktów z obecnych 37 829 pkt. Jeśli do końca roku nie dojdzie do poprawy koniunktury, wówczas powinni mieć się na baczności finansiści oraz dziennikarze piszący o giełdzie i finansach. Nieszczęśnik zapewnia, że nie jest wariatem, a tylko desperatem.Jak dotąd podobnych przypadków nie zanotowano na innych rynkach, a przecież jakiś spłukany inwestor turecki mógł naruszyć świętość mauzoleum Kemala Atatürka, twórcy współczesnej Turcji, a przegrany Argentyńczyk targnąć się na legendę Evity Peron. W końcu skala i skutki kryzysów, jakie ostatnio dotknęły te kraje, zapewne są większe niż nieszczęście pojedynczego zdesperowanego Włocha.A tak, na szczęście, kłopoty Turcji, Argentyny i innych państw zaliczanych do rynków wschodzących, mniej niż w przeszłości absorbują inwestorów międzynarodowych. Zapewne na razie zostały zepchnięte na drugi czy dalszy plan przez problemy pierwszego świata.Kryzys turecki wybuchł nagle z niezbyt poważnego powodu. Premier pokłócił się z prezydentem. Inwestorzy przerazili się, zaczęli uciekać z giełdy i masowo wyprzedawać lirę. Uświadomiliśmy sobie wówczas, że absurdalnie wysoki poziom stóp może wynieść nawet 4000%. To szokowe posunięcie na razie okazało się skuteczne.Wiarygodności poczynaniom władz dodaje obecność w rządzie Kemala Dervisha na fotelu ministra gospodarki, byłego wiceprezesa Banku Światowego.Ostatnio powróciła sprawa Argentyny, którą nie tak dawno chwalono przy okazji załatwienia wielomiliardowego wsparcia finansowego z kasy Międzynarodowego Funduszu Walutowego.Później znowu zaczęło się psuć. Okazało się, że szef gospodarki Ricardo Lopez Murphy, który objął to stanowisko 15 dni temu, zbyt ambitnie podszedł do swoich obowiązków i za bardzo chciał ciąć wydatki budżetowe, czym zraził sobie aż sześciu kolegów z rządu, którzy zagrozili dymisją. Ceny obligacji argentyńskich, stanowiących jedną czwartą handlowanych tego rodzaju walorów państw emerging markets, spadły do najniższego poziomu od dwóch lat, straciło też peso powiązane z dolarem amerykańskim mechanizmem currency board.W poniedziałek Murphy podał się do dymisji, a prezydent Fernando de la Rua skłonił do powrotu na fotel ministerialny popularnego w międzynarodowych sferach finansowych Domingo Cavallo, który w poprzednim dziesięcioleciu odniósł zwycięstwo w walce z inflacją. We wtorek obligacje argentyńskie podrożały.Nominacja Cavallo ma przekonać zagranicę, że argentyński kryzys nie przerodzi się w coś poważniejszego i nie będzie stanowił zagrożenia dla stabilności finansów międzynarodowych. W najbliższych miesiącach kraj ten musi przecież spłacić krótkoterminowe zobowiązania, wynoszące 20 mld USD.Miejmy nadzieję, że tym razem poczynania Domingo Cavallo przyniosą trwalsze efekty niż poprzednio i w przyszłości będzie on wspominany lepiej niż chociażby Enrico Cuccia.
Wojciech Zieliński