Wystarczy zwykła obserwacja historyczna, retrospekcja przebiegu dotychczasowych notowań. Aż dziw bierze, że jeszcze nie powstał kalendarzyk inwestora. Na zielono zaznaczone okresy hossy, na czerwono... wiadomo - święto niedźwiedzia.
Kalendarz inwestora powinien wyglądać jak następuje. Styczeń. Oczywiście, znajdujemy się w końcowej fazie hossy, będącej wynikiem starej jak giełda zasady, zwanej efektem stycznia czy też końca roku. Co prawda, niektórzy najbardziej zawzięci analitycy starali się udowodnić, że zjawisko takie nie istnieje lub jest nieistotne ze statystycznego punktu widzenia. Ale my i tak wiemy swoje i zaczynamy właśnie przezornie realizować całkiem pokaźne zyski. Spokojnie, wszak rzut oka w kalendarzyk wskazuje jeszcze całkiem spory łańcuszek zielonych oczek. Tylko czasem jakiś idiota się wyrwie i popsuje całą zabawę, wywalając bez opamiętania akcje, chcąc przechytrzyć pozostałych. Pewnie fundusz jakiś albo OFE-rma. Że też kary na takich nie ma...
No i mamy zwałę. Wiadomo, potrwa gdzieś do początku marca, a więc jedziemy na wakacje lub zakładamy szorty i liczymy punkty, najlepiej przed zaśnięciem. W ciągu dnia nie ma sensu psuć sobie oczu wpatrywaniem się w monitor i bawić się w day-tradera, napychając portfele biur prowizjami. Kalendarz nie kłamie, w wersji klasycznej czerwono aż do 8 marca. Tu powinien być wiosenny dołek (choć parę razy zdarzyło się, że właśnie w okolicach tej daty mieliśmy do czynienia ze szczytem, ale to takie giełdowe anomalie).
Powoli zaczynamy szykować się do zakupów akcji i odwracania pozycji. Szorty wędrują do szafy. Zakładamy długie. Nadchodzi summer rally, letni rajd byków. Wszak trzeba przed wakacjami coś zarobić. Lato jednak bywa często dość kapryśne, nie tylko w naszym klimacie, i właściwie nigdy nie wiadomo dokładnie, kiedy skończy się eldorado. Wiadomo natomiast dość dokładnie, kiedy wypadnie dołek. Okolice połowy października i można kupować w ciemno. Akurat wracamy z ciepłych krajów, co widać po gwałtownie rosnących obrotach. Chyba za bardzo chwaliliśmy się w hotelowym barze naszymi sukcesami, bo sprowadziliśmy jakichś zagranicznych spekulantów - hossa robi się gwałtowna, wszyscy chcą kupować. Nie szkodzi, w odpowiednim czasie poczęstujemy ich akcjami, przecież mamy nasz magiczny kalendarzyk.
Jeśli dodamy do niego Jom Kippur i Rosz Haszana oraz parę lokalnych świąt, jak na przykład window dressing czy comiesięczne zasilanie gotówką funduszy emerytalnych, to z osiągnięciem zadowalających zysków nie powinniśmy mieć problemów. Zarabianie na giełdzie robi się nieprzyzwoicie nudne. Gdyby nie te nagłe załamania pogody i anomalie - wszystko przez te sputniki i ocieplanie klimatu - można by zanudzić się na śmierć.