Czołowy ekspert J.P. Morgan od polskiej gospodarki Ralph Sueppel stwierdza, iż rząd nie jest w stanie czy nie chce poluzować rygorów w gospodarce, a nawet - wręcz przeciwnie - zaostrza je. Ale nie ma odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób miałby owe rygory poluzować?
Zwiększenie deficytu budżetowego? Ale ten i tak jest wyższy w tym roku niż w ubiegłym, a na rok przyszły szykuje się dalsze jego zwiększenie? Obniżka podatków? To już lepiej od razu zwiększyć deficyt - do tego by się to sprowadziło w sytuacji, gdy dochody budżetu spadają. Poluzować stopy? No tak, to byłoby pożądane, ale rząd z tym ma niewiele wspólnego - chyba że pójdzie na rękę RPP, zaciśnie politykę fiskalną, to może wtedy Rada oprocentowanie obniży. Ale to jest właśnie brak poluzowania rygorów ekonomicznych, o którym tak cierpko mówi specjalista od polskiej gospodarki.
Bo on zapewne - jak większość ekonomistów i ludzi związanych z biznesem - z zachwytem patrzy na USA. Tam nikt nie kwestionuje potrzeby stymulowania gospodarki i nikt się nie opiera przed taką stymulacją. Fed już wielokrotnie obniżał stopy procentowe, redukując je w sumie niewiele mniej, niż uczyniła to tej pory RPP. Rząd dokłada do obniżek podatków kolejne dotacje, programy pomocowe itp. Czemu by tego nie zrobić u nas? Ano, bo USA mają z czego dokładać i obcinać. Lata prosperity spowodowały, że budżet ma wysoką nadwyżkę, której właściwie już się pozbył dzięki owej stymulacji. A u nas?
A u nas deficyt budżetowy stał się czymś, bez czego politycy nie umieją żyć, co było bardzo mocno widoczne w postawach posłów kolejnych kadencji. Oczywiście, każdy powie, że jest tyle ważnych rzeczy, na które należy wydawać pieniądze, iż ograniczenie wydatków może się wydawać zbrodnią. A to, że brakuje na służbę zdrowia, więc ograniczanie wydatków na tę dziedzinę to sprawa życia lub śmierci. A to, że rolnictwo jest niedoinwestowane i spora część społeczeństwa ledwie wiąże koniec z końcem, więc ograniczenie wydatków to sprawa życia lub śmierci. A to, że nie wolno ograniczać wydatków na renty i emerytury oraz zasiłki socjalne, bo wszystko to trafia do biednych ludzi, więc... I tak, cała litania, która nie ma i nigdy nie będzie miała końca.
A skutek jest taki, że nie ma z czego stymulować. Deficyt i tak jest na granicy sfinansowania, przychody z prywatyzacji, zamiast pójść na spłatę długów, dzięki czemu lżej byłoby budżetowi w trudniejszych czasach, zostały zwyczajnie przejedzone. Gdy doliczyć do nich wzrost długu publicznego w ubiegłej dekadzie, widać, iż ok. 300 mld zł zostało wydane bez żadnego pożytku.