W pierwszych transakcjach za dolara płacono 4,067 zł, za euro 3,644 zł, odpowiadało to 10,7% powyżej starego parytetu, byliśmy więc niżej, niż w piątek na zamknięciu. Od razu przeważył popyt i złoty zaczął się umacniać. Około południa dotarliśmy do 11,4%. USD potaniał o 2,1 grosza, wspólna waluta o 3,3 grosza. Potem niewiele się już działo. Kończyliśmy na 11,45%. Kursy wynosiły odpowiednio 4,046 i 3,605.
Pogorszenie klimatu inwestycyjnego na emerging markets związane z kolejnymi niezbyt optymistycznymi informacjami z Argentyny nie miało dużego wpływu na poniedziałkowy kurs złotego. Jedynie na samym początku notowań doszło do nieznacznej korekty, szybko jednak złoty odrobił straty. I to z nawiązką. Zdecydowały o tym dwa czynniki. Po pierwsze, o czym pisałem już niejednokrotnie, jesteśmy traktowani jako kraj o znacznie mniejszym ryzyku niż np. kraje Ameryki Łacińskiej. Po drugie, złotemu pomogły informacje z kraju. Rano premier Leszek Miller powiedział w radiowym wywiadzie, że oczekuje kolejnego cięcia stóp o 150 pb., i to jeszcze tym roku. Potem opublikowano kalendarz emisji obligacji na grudzień i okazało się, że ministerstwo finansów zamierza zaoferować znacznie mniej papierów niż w listopadzie. Oba te czynniki doprowadziły do wzrostu cen obligacji na rynku wtórnym, i tym samym wywarły także wpływ na kurs polskiej waluty.
We wtorek o 16.00 dowiemy się, jak zmieniły się ceny żywności w listopadzie. Pozwoli to dokładniej ocenić listopadową inflację.
Nie widać końca problemów z argentyńskim systemem finansowym. W piątek rząd zdecydował się na ograniczenie dostępności środków, które zostały złożone w bankach. W ciągu najbliższych trzech miesięcy (dokładnie nowe rozwiązania zostały wprowadzone na 90 dni) posiadacze rachunków mogą wypłacić maksymalnie 1000 USD miesięcznie. Z pozostałej części depozytów można korzystać jedynie w przypadku rozliczeń bezgotówkowych. Chodzi o to, żeby uchronić system bankowy przed niewypłacalnością. Wielu analityków wyraża jednak pogląd, że jest to tylko przesunięcie w czasie katastrofy.
Poniedziałkowe dane o gospodarce amerykańskiej można uznać za niezłe. Po pierwsze, wzrosły wydatki konsumpcyjne. Po drugie, wzrósł wskaźnik NAPM. Oba te czynniki, szczególnie drugi, wpłynęły niekorzystnie na kurs wspólnej waluty. Pod koniec dnia dotarła ona do poziomu 0,891, osłabiła się więc o 0,5 centa w stosunku do otwarcia.