- Przynależność do czołowej piątki nie będzie wystarczająca w tym konkurencyjnym środowisku - oznajmił Andrew Appel, partner w firmie konsultingowej Mc Kinsey, 600 pracownikom CSFB zgromadzonym w nowojorskim hotelu Waldorff Astoria. - Musicie być nr 1 w bankowości inwestycyjnej, nr 1 na rynku akcji i nr 1 na rynku papierów o stałym oprocentowaniu - skonkretyzował Appel, ale zgromadzeni wiedzieli, że ustami konsultanta przemawia do nich John Mack, który zresztą też odsłonił przyłbicę. - Przyszedłem tutaj po to, by być najlepszym - powiedział.

Przedpole do ataku przygotowywał od początku. Przez pół roku pracy w CSFB liczbę miejsc pracy zmniejszył o 2500, co dało oszczędności w wysokości 1 mld USD. Bliski jest też uregulowania konfliktu z władzami prowadzącymi dochodzenie z powodu nieprawidłowości zaistniałych przy alokacji akcji. David Williams, analityk Morgan Stanley w Londynie, rekomendujący kupno akcji CSFB, uważa, że między tym bankiem inwestycyjnym a konkurencją jest duży dystans, ale nie jest on nie do odrobienia.

Mack chce zmobilizować swoją 25--tysięczną armię do ostrzejszej konkurencji z rywalami, menedżerowie CSFB mają szczególnie zająć się klientami o największych zasobach finansowych, bo właśnie ta grupa powinna generować najwięcej przychodów.

Jak dotąd CSFB nie odnosił na tym polu sukcesów, a niektóre słabości obnażył materiał zaprezentowany przez Appela, który zarejestrował opinie klientów. Jeden z nich mówił, że bank nie rozumie natury biznesu, którym się zajmuje, inny narzekał, iż nie udało mu się nawiązać kontaktu z menedżerem wyższego szczebla, trzeci komunikował się zaś tylko z jednym pracownikiem CSFB. Cała firma ma się zajmować klientami - uważa Mack - a każdy interesant musi znać 10-20 osób w firmie.

W poprzednim kwartale CSFB osiągnął przychody na poziomie 3,3 mld USD, zbliżone do wyniku Goldman Sachsa (3,43 mld USD), ale ma największe na Wall Street koszty.