Od pewnego czasu warszawska giełda okazuje oznaki słabości, co może być dość stresujące dla obserwatorów rynków zachodnich. Sytuacja taka nie powinna chyba jednak budzić większego zdziwienia. Oznaki ożywienia gospodarczego w USA, widoczne w wielu wskaźnikach makroekonomicznych (choć nie wszystkich: akurat wczorajsze dane o sprzedaży detalicznej nie były dobre), znajdowały sukcesywnie swoje odzwierciedlenie w kursach akcji na Wall Street, natomiast nasza gospodarka nie bardzo miała i ma się czym pochwalić. Zatem przy braku fundamentalnych przesłanek do wzrostów właściwie jedyną nadzieją, jaką od dłuższego już czasu karmią się inwestorzy na GPW, są OFE, które dysponują ogromną, jak na polski rynek, masą majątkową i nie mają zbyt dużego pola manewru jeśli chodzi o możliwości inwestycyjne. Zależność koniunktury na giełdzie od poczynań funduszy była już wielokrotnie opisywana, często z przymrużeniem oka. Nawet jeśli jednak wpływ ten jest trochę wyolbrzymiany, to trudno nie zauważyć związku między marazmem na GPW a rekordowo niskimi przelewami z ZUS do funduszy, jakie miały miejsce od 1 do 12 marca.
Nastawienie rynku doskonale ilustruje wczorajsza sesja: po podaniu przez PAP informacji o przelewie do OFE zaległych 250 mln zł indeksy niemal natychmiast wzrosły o 1%. Wiadomo, że środki będą płynąć dalej, ale wydaje się, że budowanie strategii w oparciu o chimeryczny ZUS i nieobliczalne fundusze emerytalne jest zajęciem cokolwiek ryzykownym. Nie da się uciec od stwierdzenia, że kapitał zagraniczny byłby bardzo mile widziany.