To była najgorsza sesja w tym roku. Najgorsza pod względem obrotu, który na wszystkich seriach kontraktów na indeks WIG20 wyniósł nieco ponad 4 tysiące sztuk. Nawet nie jest to połowa średnich obrotów. Taki mało intensywny handel inwestorzy widzieli po raz ostatni tuż przed sylwestrem, a wcześniej w lutym zeszłego roku.
Na rynku kasowym już tak źle nie było i obroty na poziomie 162 mln to całkiem przyzwoity wynik. Obrót robiły fundusze upiększający swoje portfele pod koniec roku. Na kontraktach takich zagrywek nie ma, a większość inwestorów poszła po prostu wcześniej do domu, więc nie było komu składać zleceń.
Dopiero po 14.00 zaczęło robić się ciekawiej. W Stanach opublikowane zostały ostateczne dane o PKB w IV kwartale. Przypomnę, że 2 miesiące temu mowa była jeszcze o sporych minusach. Inwestorów zaskoczyła wtedy wartość +0,2%, zrewidowana w lutym do szokującego wręcz +1,4%, a wczoraj ostatecznie aż +1,7%. Nie pomogło to jednak ani amerykańskim indeksom, ani naszemu zapatrzonemu w nie WIG20. Inwestorzy wolą dyskontować przyszłość, a nie przeszłość i przy lepszych danych perspektywa podwyżki stóp procentowych pomogła w końcówce przecenić nasz rynek. Warto zauważyć, że tylko nasz, bo reszta zachodnich giełd szybko pozbierała się z chwilowej słabości i dalej robiła tradycyjne "window dressing". U nas rozczarowanie brakiem podnoszenia kursów przez fundusze i nerwowa reakcja po podaniu danych rozpoczęły spadki, które ułatwiał bardzo mały obrót.
W analizie technicznej po tak koszmarnym marazmie nic oczywiście się nie zmieniło, choć warto odnotować kolejny lekki wzrost wskaźników (przy nie zmienionym poziomie zamknięcia). Dawać to może nadzieje na jakieś ożywienie w przyszłym tygodniu. Jednak więcej optymizmu zawita na parkiet dopiero po przejściu dość bliskich oporów. Pierwsze zaczynają się już na poziomie 1345 pkt. na kontraktach i 1353 pkt. na indeksie. Byków bronią natomiast luki hossy w przedziale 1295-1310 pkt. dla kontraktów i 1285-1300 pkt. dla indeksu.