- Jeśli popatrzymy na bilans handlowy, kształtowanie się importu i eksportu oraz na napływ inwestycji bezpośrednich, nie związanych ze spekulacją, to złoty powinien być trochę słabszy - powiedział Dariusz Rosati, członek Rady Polityki Pieniężnej. - Nie chcę jednak powiedzieć, o ile, bo to jest sprawa, którą powinien kształtować rynek.
Mimo tego zastrzeżenia rynek uznał, że ta wypowiedź zwiększa prawdopodobieństwo interwencji banku centralnego na rynku walutowym. NBP nie dokonywał takich działań od kilku lat, a wczoraj wiceprezes NBP Andrzej Bratkowski powiedział, iż byłyby one nieefektywne. Jednak minister finansów Marek Belka nie zgadza się z tą opinią. - Słyszę wypowiedzi, że interwencja byłaby kosztowna i nieefektywna, ale myślę, że to zbyt wysoki kurs złotego jest bardzo kosztowny - powiedział wczoraj. - Poza tym nie wiemy, na ile interwencja byłaby nieefektywna, bo jej nie stosowaliśmy.
Ta seria wypowiedzi - o potrzebie osłabienia złotego mówił także prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz minister gospodarki Jacek Piechota - powoduje, że nasza waluta traci na wartości. O ile w środę rano dolar kosztował 3,97 zł, to po kilku godzinach, po wypowiedziach Marka Belki, zdrożał do czterech złotych. Wczoraj rano płacono za niego 4,01 zł, a po południu jego cena zwiększyła się do 4,03 zł. Euro zdrożało w środę na prawie 3,62 zł, a w czwartek po południu kosztowało już 3,65 zł.
Inwestorzy obawiają się wzrostu temperatury konfliktu między RPP a rządem na kilka dni przed tym, jak Sejm rozpocznie debatę nad poselskim projektem zmiany ustawy o NBP, który ma nałożyć na bank centralny obowiązek dbania o rozwój gospodarczy i poziom bezrobocia oraz zwiększyć liczbę członków Rady, co jest uznawane za próbę ograniczenia niezależności banku centralnego.
Kto zarobi na osłabieniu złotego