Nasz rynek nadal przestępując z nogi na nogę czeka tuż nad wsparciem w strefie 1285-1298 pkt., aż "fundamenty" gospodarki urosną na tyle wysoko, by uzasadnić obecną wycenę akcji. Podobnie zresztą postępują zachodnioeuropejskie rynki akcji, których indeksy już od pół roku poruszają się w niewiele szerszym niż 10- -proc. przedziale. Środowe dane o zaskakującym dla ekonomistów marcowym spadku produkcji przemysłowej w Niemczech i Wielkiej Brytanii potwierdzają zasadność tej ostrożności. Część wskaźników wyprzedzających koniunkturę gospodarczą liczonych dla gospodarek zachodnich osiągnęła już poziomy swych cyklicznych maksimów z 1994, 1997 i końca 1999 roku. Tymczasem rzeczywiste dane ciągle wskazują na utrzymującą się stagnację, a bez ożywienia zagranicznego popytu nie za bardzo będzie można liczyć na wzrost gospodarczy w naszym kraju.

Niestety, śledzenie bieżących statystyk makroekonomicznych niewiele da inwestorom. Sam rynek akcji zwyczajowo okaże się zapewne najlepszym wskaźnikiem wyprzedzającym koniunktury gospodarczej. Przełom kwietnia i maja przyniósł zaś na giełdach w USA pierwsze sygnały świadczące o narastających obawach co do trwałości ożywienia gospodarczego obserwowanego w IV kw. 2001 i I kw. 2002 r. Niepokoić może przede wszystkim przełamanie przez Nasdaq Composite wsparcia w strefie 1716-25, jak również spadek S&P 500 poniżej lutowego minimum. Jakkolwiek środowa sesja w USA była jedną z najlepszych w ostatnich latach, to dopóki Nasdaq nie powróci zdecydowanie powyżej 1700 pkt., to rozsądnie będzie zakładać, że sytuacja techniczna tego indeksu jest analogiczna do tej z sierpnia ub.r.

Wyraźna w ostatnich 3 miesiącach słabość dolara oraz wzrost cen złota do najwyższego od 2 lat poziomu stanowią kolejne sygnały świadczące o narastającym zniecierpliwieniu rynku. Jest jasne, że dalszy spadek dolara i/lub wzrost cen złota oznaczałby wotum nieufności dla polityki pieniężnej Fed, a rozbudzenie oczekiwań inflacyjnych już w pierwszych miesiącach ożywienia oznaczałoby zapewne jego przedwczesny kres.