Jeszcze o 16.00 wydawało się, że cała historia dziennych notowań rozegrała się właściwie w ciągu pierwszej godziny. Zaczynaliśmy z 4,02 zł za dolara i 3,675 zł za euro, czyli z 10,8%, po czym wystąpił stosunkowo silny popyt i po kilkudziesięciu minutach byliśmy na 11,25% odchylenia od parytetu. Zarówno dolar, jak i euro potaniały o dwa grosze (zrealizowano jedną większą transakcję, prawdopodobnie związaną z rozliczeniami dotyczącymi handlu zagranicznego). Lekka korekta i około 10.00 odchylenie sięgnęło 11,1%, kursy zaś 4,01 zł i 3,655 zł.
Przez następnych kilka godzin nie obserwowaliśmy większych zmian. Około 16.00 agencje informacyjne opublikowały kolejną wypowiedź Marka Belki na temat kursu złotego. Wicepremier wypowiadał się w takim duchu, jak dwa dni wcześniej (między innymi, że dolar powinien kosztować 4,25 zł). W efekcie doszło do osłabienia. Poziomy zamknięcia to 4,019 zł i 3,67 zł, czyli 10,9%.
Nowy tydzień zapowiada się bardzo interesująco. We wtorek zostaną opublikowane obserwowane z coraz większą uwagą dane o podaży pieniądza.
Czy niekorzystne trendy w postaci spadku dynamiki depozytów i wzrostu ilości pieniądza w obiegu są kontynuowane?
W środę z kolei GUS poinformuje, ile wyniosła kwietniowa inflacja. Analitycy oczekują, że po raz kolejny doszło do jej spadku. Średnia prognoz mówi o 3,1% rok/rok. Moim zdaniem, może być jeszcze lepiej, niewykluczone że zejdzie ona nawet do poziomu poniżej 3,0% rok/rok. Ceny żywności zmieniły się nieznacznie, popyt wewnętrzny wciąż nie jest zbyt silny. Co prawda, doszło do wzrostu cen paliw na rynkach światowych, ale jednocześnie wzmocnił się złoty, zmniejszając koszty importu.