Reklama

Analiza techniczna czy rzut monetą?

Wielu graczy, by usystematyzować swoje ruchy na rynku, stara się zbudować własną strategię. Jej zadaniem jest określenie pewnych warunków, które powodują, że otwarcie pozycji w danej chwili będzie najkorzystniejsze. To jednak nie wszystko, czego należy oczekiwać od strategii. Pamiętajmy, że musi ona także określić sposób ucieczki przed stratami bądź zamknięcia zyskownej pozycji oraz stopień naszego zaangażowania na rynku w danej chwili.

Publikacja: 16.05.2002 09:30

Jakkolwiek te dwa ostatnie elementy są niezwykle ważne, skupię się na tym pierwszym - momencie wejścia.

Trafność nie decyduje

o wynikach systemu

Moment otwarcia pozycji przez sporą grupę inwestorów jest uważany za najważniejszy. Intuicyjnie można przyznać im rację. Skoro naszym zamiarem jest zarabianie, to logiczne wydaje się, że na rynek należy wchodzić wtedy, gdy nasza pozycja ma największe szanse na zarobek.

W takim rozumowaniu są jednak dwa istotne słabe punkty, które należy sobie uświadomić. Po pierwsze, wyznaczenie momentów wejścia na rynek, w których częściej będziemy zarabiać, jest niezwykle trudne (niemała grupa osób sądzi, że to w ogóle nie jest możliwe), a po drugie, nie trafność naszych wejść jest główną determinantą uzyskanego przez nas wyniku. Co z tego, że nasz system da nawet 75% trafności, skoro jedna poważna strata może przekreślić wszystkie uzyskane zyski?

Reklama
Reklama

Poszukiwania nie powinny się zatem ograniczać do znalezienia systemu o dobrej trafności, ale także chodzi o to, żeby te "trafienia" były na tyle duże, by zdarzające się straty nie zjadały nam zysków.

Szukać sygnału wejścia?

Zastanówmy się nad odpowiedzią na pytanie, czy poszukiwania optymalnej sytuacji do wejścia na rynek mają w ogóle sens? O podjęciu tych poszukiwań decyduje sam gracz, w zależności od tego, której z dwóch obecnie dominujących teorii dotyczących kształtowania kursów na rynku kapitałowym (w tym także rynku kontraktów) jest zwolennikiem.

Jedna z nich opiera się na tezie efektywności rynku, a właściwie jej braku. Zgodnie z nią, rynek nie jest efektywny i poprzez różnego rodzaju zabiegi można go w dłuższym terminie "pobić", czyli stale uzyskiwać stopę zwrotu lepszą od portfela rynkowego, zwykle reprezentowanego przez indeks. Każdy, kto para się analizą techniczną, automatycznie jest stronnikiem takiego właśnie podejścia. Według zwolenników tej koncepcji, warto obserwować dane historyczne i na ich podstawie szukać optymalnych momentów wejścia. Mowa tu m.in. o większości narzędzi analizy technicznej (formacje, układ wskaźników itp.), a także analizy statystycznej.

Drugą grupą graczy są ci, którzy wychodzą z założenia, że w dłuższym terminie nie można z rynkiem wygrać, gdyż tak naprawdę ruchy cen wynikają w głównej mierze z przyczyn losowych. To czynnik losowy decyduje, w którą stronę jutro pójdzie rynek. Dzisiejsza sesja nie ma tu żadnego znaczenia. Trendy oczywiście się zdarzają, lecz wynikają w gruncie rzeczy z przypadku i nie ma możliwości ich wcześniejszego przewidzenia.

Inwestorzy kierujący się takim przeświadczeniem w ogóle nie zaprzątają sobie głowy szukaniem dogodnego momentu wejścia na rynek. Według nich, równie dobrym sposobem na określenie sposobu otwarcia pozycji jest rzut monetą lub kierowanie się liczbą liter w głównym tytule czytanej rano gazety. Oczywiście, nie znaczy to, że ci gracze nie reagują na to, co dzieje się na rynku. Gdyby przyszło jednemu z nich otworzyć krótką pozycję na początku internetowej hossy, nie będzie spokojnie przyglądał się topniejącemu rachunkowi, lecz szybko zamknie stratną pozycję. Według nich, właśnie w odpowiednim sposobie zamykania pozycji i określania jej wielkości tkwi klucz do sukcesu. Gracze ci uważają, że 50-proc. trafność określenia kierunku pozycji, to całkiem porządny wynik.

Reklama
Reklama

Praktyczny konsensus

Na pytanie, jakie podejście wybrać, każdy musi sobie odpowiedzieć sam, najlepiej po zapoznaniu się z testami losowych i nielosowych sposobów otwierania pozycji lub po przeprowadzeniu ich samodzielnie na bazie dostępnych danych z naszego rynku.Jako zwolennikowi analizy technicznej, trudno przychodzi mi zaakceptowanie całkowicie losowej przyczyny wahań kursów. Niemniej sądzę, że czynnik losowy istnieje i nie można go eliminować w analizie. Spójrzmy na wykres 1, przedstawiający przebieg cen pewnego papieru. Trendy są widoczne dość wyraźnie. Da się zaobserwować formacje wierzchołkowe. Rynek ten jest o tyle ciekawy, że gra za pomocą narzędzi podążających za trendem dałaby dość dobre rezultaty. Jest jednak jeden problem. Ten wykres został przed chwilą stworzony za pomocą losowego generatora liczb.

Wychodzę z założenia, że jeśli samym zamykaniem pozycji oraz określaniem jej wielkości można w dłuższym terminie wyjść z rynku na plus, to przykładając się do określenia momentu wejścia możemy tylko poprawić wynik.

Spójrzmy na "goły" wykres kontraktów na WIG20 (wykres 2). Jest to wykres skorygowany, więc nie oddaje on faktycznego poziomu cen w każdym dniu, ale za to daje możliwość testu systemów transakcyjnych. To surowy materiał, do którego podchodzi każdy poszukiwacz własnej metody. Można się tylko zastanawiać, w jakim stopniu jego kształt był określony przez czynnik losowy.

Konsekwencją luźniejszego podejścia do losowego charakteru kursów jest dobór narzędzi, które mają za zadanie pomóc w wyznaczeniu momentu i kierunku otwarcia pozycji.

Ogólnie przyjmuje się dwa podejścia gry na rynku. Pierwszym jest teza, że skoro rynek wykonał jakiś ruch, to istnieje szansa, że będzie go nadal kontynuował. Jest to stara, znana przez wszystkich zasada, mówiąca, że trend jest twoim przyjacielem. Gracze, którzy się nią kierują, mają nadzieję, że otwierana w danej chwili pozycja będzie partycypować w większym trendzie i przyniesie spory zysk.

Reklama
Reklama

Innym sposobem jest próba zawierania transakcji w ekstremalnych momentach wahań rynku. Grający w ten sposób wychodzą z założenia, że każdy ruch cen kiedyś się kończy. Gdy rynek wzrośnie lub spadnie już o żądaną wielkość, gracz zaczyna czyhać na moment, by wejść w kierunku przeciwnym do ruchu, jaki właśnie został wykonany.

Spójrzmy na wykresy 3 i 4. Pierwszy z nich przedstawia prosty system do gry z trendem, opierający się na wybiciu ze zmienności. Czyż nie wygląda on pięknie? Tylko kto wytrzymałby całą internetową hossę? Na drugim zaprezentowano zachowanie prostego systemu opartego na oscylatorze, którego zadaniem miało być łapanie ekstremów. Tutaj także da się zauważyć skuteczność metody.

Jeśli jednak spojrzymy na oba przypadki z pewnej perspektywy, to widać już znaczną różnicę. Wykres 5 przedstawia wszystkie sygnały strategii podążającej za trendem. Jak widać, nie tylko na hossie z przełomu 1999 i 2000 r. dało się zarobić. Nie jest to jednak system idealny, gdyż miał on kilka słabszych okresów zaznaczonych strzałkami nad linią kapitału.

Trzeba jednak przyznać, że wygląda i tak całkiem dobrze, w porównaniu z systemem opartym na oscylatorze (wykres 6). Wynika to m.in. z tego, że systemy podążające za trendem będą zarabiać zawsze, gdy pojawi się trend. Te oparte na oscylatorach zarabiają głównie w okresach konsolidacji, i to wtedy, gdy ruchy cen charakteryzują się określoną częstotliwością, która odpowiada akurat naszemu wskaźnikowi. Widać chociażby na tych rysunkach, że ostatni marazm nie tylko dał się we znaki strategii podążania za trendem (czego należało się spodziewać), ale i tej opartej na oscylatorze.

Pamiętajmy o hamulcach

Reklama
Reklama

Nie jest moim zamiarem umniejszanie wagi systemów krótkoterminowych. Trzeba jednak wziąć pod uwagę w swoich poszukiwaniach czynnik losowy, a ten skutecznie może zaburzyć właśnie ruchy krótkoterminowe. Można oczywiście do systemu dodać kolejne warunki, dzięki którym poprawi się wynik testu. Warto jednak pamiętać, że taką czynnością dopasowujemy tylko algorytm systemu do danych historycznych. Nie zwiększamy, ba, nawet zmniejszamy tym samym prawdopodobieństwo, że system będzie działał w przyszłości. Jakkolwiek te dwa ostatnie elementy są niezwykle ważne, skupię się na tym pierwszym - momencie wejścia.

Więcej informacji o obu podejściach oraz kilku innych można znaleźć w "Intelektualnej historii Wall Street" Petera L. Bernsteina, WIG-Press, Warszawa 1998

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama