Poniedziałek przyniósł uspokojenie rozgrzanych pod koniec zeszłego tygodnia nastrojów. Zaowocowało to niedużą korektą notowań. Czeka nas teraz chwila oddechu, ale skala tego, co działo się w czwartek (i w mniejszym stopniu w pierwszej połowie sesji piątkowej) pozwala być umiarkowanym optymistą co do dalszego rozwoju wypadków. Obroty na spadkach są zdecydowanie mniejsze niż na rynku rosnącym, co także świadczy o korekcyjnym charakterze zniżki, z którą mamy obecnie do czynienia. Kluczowe dla kontynuacji wzrostu jest utrzymanie się WIG20 na najbliższych sesjach powyżej poziomu 1370 punktów, a następnie kolejna fala popytu, która pozwoliłaby na zdecydowane przełamanie 1400 punktów. Wtedy oporem byłby już poziom o 80 - 100 punktów wyższy. Jest jednak słaby punkt tej teorii - powszechne mniemanie o prawie pewnej realizacji tego właśnie scenariusza.

Ale to nie wszystkie słabe strony tej koncepcji. Ostatnie wzrosty na GPW można tłumaczyć dyskontowaniem oczekiwanego polepszenia sytuacji gospodarczej w kraju i co za tym idzie, poprawą wyników finansowych przedsiębiorstw. Na takich przesłankach oparte były wzrosty notowań spółki, od której wszystko się zaczęło, a więc TP SA. Tymczasem poprawy stanu rodzimej gospodarki wcale nie widać - sam tylko poniedziałek przyniósł słabe dane o produkcji przemysłowej i zniżkę indeksu koniunktury bankowej Pengab.

W przeciwieństwie do banków, w których praktycznie wyhamowała akcja kredytowa, inwestorzy kupując obecnie polskie spółki hojnie obdarzają gospodarkę sporym kredytem zaufania. Jest to strategia ryzykowna, ale stoi za nią silny kapitał zagraniczny, który już nie raz wywołał na naszej małej giełdzie sporo zamieszania.