W momencie gdy na światowych rynkach akcji doszło do ważnych rozstrzygnięć, z których najbardziej do wyobraźni przemawia wybicie dołem indeksów z Paryża, Londynu i Frankfurtu z wielomiesięcznych trendów bocznych, można było się spodziewać ożywienia i na naszym parkiecie. Na razie te nadzieje okazały się płonne i kolejny tydzień trwamy w odrętwieniu. W tej sytuacji rodzi się pytanie, czy w wypadku kontynuacji zniżek na świecie, na co wskazują analiza techniczna i typowe dla trendów zniżkowych reakcje inwestorów w USA, powinniśmy się liczyć z tym, że i nasze indeksy podadzą się tej tendencji.
I tu mam poważny problem. Kierując się racjonalnymi przesłankami, na które składa się przede wszystkim klimat na światowych rynkach akcji, obrazujący zwątpienie inwestorów w trwałość ożywienia gospodarczego oraz oddalająca się perspektywa jego pojawienia się w naszym kraju, można założyć wariant podobny do tego, który wystąpił w październiku ub.r. Wtedy też przez pewien czas opieraliśmy się ogólnoświatowej tendencji, by potem ze zdwojoną siłą "nadrabiać" zaległości. To oznaczałoby, że bez większych problemów WIG20 sforsowałby barierę 1285 pkt. W drugim wariancie należy uwzględnić specyfikę naszego rynku, sprowadzającą się do skupienia znacznej części akcji w rękach inwestorów instytucjonalnych (z których dodatkowo spora część ogląda się na to, co robią ci najwięksi). Można sobie wyobrazić, że po kolejnych dniach konsolidacji nastąpi znów skok w górę na wzór tego z 16 maja. Trzeba przyznać, iż przedłużanie się konsolidacji z każdym dniem coraz bardziej przemawia na korzyść byków, ale dopóki nie dojdzie do wybicia w górę, wolę pozostawać w obozie pesymistów.