Nieco ironiczny tytuł komentarza w PARKIECIE mówił sam za siebie "Najsilniejszy indeks Europy". Na świecie koniunktura na rynkach ostatnimi czasy była - hmm, powiedzmy - taka sobie. U nas różowo może nie jest, ale indeks WIG20, na pozór, trzyma się dziarsko. NA POZÓR. Bo najpierw - między październikiem a styczniem - jazda z ubiegłorocznego minimum (poniżej tysiąca punktów) do ponad 1400. A od lutego kolebanie się w horyzoncie w kanale ok. 1300-400, przy gasnącej ostatnio amplitudzie drgań. Udręka dla day-traderów. I zagwozdka dla analityków. Bo w tym samym czasie taki np. Nasdaq najpierw poszedł w górę, by potem sobie zjechać do okolic z dramatycznego września ub.r.
Cuda jakieś czy co? Nic z tych rzeczy. Trzymanie naszego indeksu w wygodnym dla autorów pomysłu "tryndzie" - przy skali pieniędzy zarządzanych przez rozmaite fundusze i inne instytucje finansowe - nie jest trudne. Obroty nie są specjalnie duże, a trend boczny nawet wzmacnia taką tendencję przez osłabienie aktywności krótkoterminowych spekulantów.
Fundusze więcej jak 5-10% nie puszczą - twierdzi jeden z ludzi z branży. Nie puszczą, czyli nie pozwolą, żeby indeks się zanadto zawalił. Co oznaczałoby, że jakiś opór mentalno-finansowy wystąpiłby na pułapie trochę ponad 1200 pkt. dla WIG20. Chodzi o to, żeby przeczekać do czasu, gdy pojawi się motyw na jazdę w górę - najlepiej jakieś w miarę sensowne oznaki poprawy w gospodarce (z tym jest kiepsko). Innymi słowy - trochę nam brakuje kasy i odwagi, żeby wywindować rynek w górę, bo możemy "przegiąć". Ale nie chcielibyśmy rynku puścić, bo nam się wyceny aktywów deczko popsują. A przecież fajnymi zarządzającymi jesteśmy... Z głową na karku.
Sztuczne trzymanie rynku - taki ping-pong na domyślnie (a może nie tylko domyślnie) ustalanym poziomie - może być wcale niegłupią strategią. O ile doczekamy się nadejścia odsieczy zagranicznej, skuszonej perspektywą wejścia naszego pięknego kraju do UE i ostrej hossy. Tym bardziej ostrej i sztucznej, im płytszy i mniej płynny rynek.
No, dobra. Złośliwy jestem, jak zwykle. I żeby nie było tak, że to wszystko taka zupełna lipa, to odnotujmy istotną różnicę między nami i światem. Nie wolno bowiem zapominać o tym, że nas zabijała wcześniej bessa nawet wtedy, gdy na świecie było całkiem OK. Kiedyś musi przyjść odmiana. Tak... Szkoda tylko, że w dużej mierze naszą bessę sprowokowała nasza, wewnętrzna zapaść, a nie tylko echa światowego odwrotu od internetowego szału.