Na kontraktach zaobserwować można w tym roku ciekawe zjawisko. Mowa o słusznym (pomijając wartość teoretyczną) poziomie bazy, która wyraża rynkowe oczekiwania "większości" inwestorów. Do tej pory obowiązywała zasada, że "większość się zawsze myli", co niemal za każdym razem potwierdzane było przy ustanawianiu szczytu, dołka czy nawet małej korekcie. Od kilku miesięcy da się wyraźnie zaobserwować udane wyprzedzanie ruchów indeksu WIG20 przez kontrakty, szczególnie w ciągu dnia.

Podobną sytuację mieliśmy na ostatnich sesjach. Przecena z zeszłej środy utworzyła na obu wykresach lukę bessy, która stała się silnym oporem. Na początku wczorajszych notowań indeks próbował przedłużyć piątkową próbę zamknięcia tej luki, ale zabrakło ułamka procentu. Warto teraz zerknąć na kontrakty, które mając świadomość, że wzrost jest tylko korektą wyprzedanego rynku, analogicznej luki nawet nie dotknęły. Takie zachowanie w drugiej części sesji okazało się słuszne, gdyż indeks po nieudanym ataku systematycznie zniżkował, pogłębiając jeszcze pesymizm na kontraktach.

Trudno się dziwić rynkowym przecenom, gdy ogląda się notowania giełd światowych. Od pamiętnego wybicia w połowie maja kontrakty straciły tylko symboliczne parę punktów, podczas gdy w tym samym czasie indeksy głównych światowych parkietów spadały po około 15%. Dotyczy to zarówno rynku amerykańskiego, niemieckiego, jak i nieco mniej znaczących parkietów z Węgrami i Rosją na czele. Trudno przy takich zaległościach w spadkach przyciągnąć inwestorów do naszego drogiego parkietu. W takiej atmosferze jedyne na co mogą liczyć byki to wyhamowanie spadku lub jakieś małe spekulacyjne korekty. Jednak oprócz wyprzedanych krótkoterminowych wskaźników i możliwości nabywania akcji przez OFE, trudno znaleźć powody do kupna.