W ciągu pierwszych dni swego urzędowania Grzegorz Kołodko okazał się niespodziewanie chyba najlepszym ministrem finansów jakiego nasz kraj miał w ciągu minionych 12 lat. Brak publicznych wypowiedzi na temat programu nowego ministra, brak zapowiedzi jakichkolwiek decyzji rozbudza nadzieję, że takiego programu nie ma, a decyzji nie będzie. W końcu postrzegany pozytywnie i chwalony za odpowiedzialność poprzedni minister finansów zdążył w ciągu swej krótkiej służby wprowadzić nowy podatek od zysków z oszczędności i zaakceptować deficyty budżetowe na ten i przyszły rok na łączną sumę 80 mld zł (20 mld dol.), która zapewne wprawiłaby w osłupienie i podziw nawet ekipę Edwarda Gierka. Niestety, zachowanie krajowego rynku finansowego w ostatnich dniach sugeruje, że inwestorzy jednak nie wierzą, że nowy minister zachowa do końca swego urzędowania to pełne godności i rozwagi milczenie. Należy mieć nadzieję, że są to obawy płonne, gdyż w końcu to, co na podstawie publikacji "Trybuny" zostało odebrane jako zarys "planu Kołodki", mogło być co najwyżej jakimiś wysłanymi do redakcji przez roztargnienie notatkami sprzed wielu lat. W końcu nie jest możliwe, że człowiek tak bywały w świecie, jak nowy minister, nie słyszał o kryzysach finansowych ostatnich lat, do których doszło bez wyjątku w krajach stosujących kontrolowany przez rząd kurs walutowy, nie mówiąc już o wyparowaniu całego systemu bankowego w stosującej "currency board" - i utrzymującej przez lata deficyt finansów publicznych - Argentynie (wyobraźnia podsuwa od razu obraz antyrządowych manifestacji pod hasłami "Karen Cybord musi odejść!!!").
Zapewne bez związku z wydarzeniami w Polsce indeksy głównych rynków akcji przystąpiły w tym tygodnia do przełamywania poziomów ubiegłorocznych minimów. Te kluczowe wsparcia oddzielają to, co do tej pory mogło być jeszcze zwykłą cykliczną bessą, od załamania systemu finansowego, analogicznego do tego, który nastąpiło w Japonii 10 lat wcześniej. Po wybiciu się w dół z 5-letnich "formacji wierzchołkowych", zachodnie giełdy nie byłyby zdolne do powrotu powyżej obecnych poziomów przez wiele, wiele lat, w trakcie których światowa gospodarka znalazłaby się w stagnacji.