W najnowszym raporcie PricewaterhauseCoopers analizuje, dlaczego dynamicznie rozwijająca się branża salonów piękności nie weszła jeszcze w etap konsolidacji, umożliwiający giełdowy debiut.
Przez długie lata salony piękności były zarezerwowane wyłącznie dla najbogatszych. Jednak ich drzwi przekracza coraz więcej Amerykanek i, z pewną nieśmiałością, Amerykanów. Z raportu PricewaterhauseCoopers, sporządzonego na podstawie danych z 1999 r. - są to najnowsze dane, które opracowali analitycy obserwujący rozwój tego rodzaju usług - salony piękności zarabiają ok. 5 mld USD rocznie. Ich liczba powiększa się w tempie 19% rocznie, a swoim założycielom dają godziwy, bo 17,3-proc., zwrot z zainwestowanego kapitału.
PwC ze zdziwieniem konstatuje, że tak bardzo dochodowa branża nie weszła jeszcze w etap konsolidacji, dzięki której doszłoby do powstania rozpoznawalnej w całej Ameryce sieci salonów. Takiego McDonaldsa piękności...
PwC przyznaje, że ludzie działający w tej branży mogą doskonale znać się na łagodzeniu zmarszczek, eksponowaniu muskulatury - ale nie staje im umiejętności biznesowych do tworzenia tego rodzaju sieci. I dlatego właśnie 5700 salonów piękności w Ameryce prowadzonych jest przez 5000 organizacji biznesowych.
Raport PwC wskazuje na dwie organizacje, które mają wystarczający potencjał do zjednoczenia rozdrobnionej piękności w centralnie zarządzaną całość. Są to Steiner Leisure z Bahamów, który specjalizuje się w prowadzeniu salonów piękności na pokładach statków wycieczkowych, oraz Elizabeth Arden z siedzibą na Florydzie. Arden ma więcej salonów - ale placówki Steinera zajmują więcej powierzchni i dają większe zyski. W 2001 roku Steiner zarobił 194 mln USD.