"Roczne tempo przyrostu depozytów gospodarstw domowych zbliżyło się do zera... Spada skłonność do oszczędzania... Ponownie zwiększyło się, i tak wysokie, tempo przyrostu gotówki w obiegu..". Wybrałem te trzy cytaty z piątkowej konferencji prasowej po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej gdyż - obawiam się - że znikną one w cieniu łatwiej "przyswajalnych" wiadomości (o eksporcie, inflacji czy stopach procentowych). Dbałość o skłonność do oszczędzania dla wielu wydaje się tematem mało atrakcyjnym i nieważnym. Efekty - cóż, proszę spojrzeć na wykres (dane NBP). Spadek dynamiki przyrostu depozytów z ok. 20% półtora roku temu, do niemal zera obecnie - robi wrażenie, prawda?

Przed obniżeniem skłonności do oszczędzania przestrzegano już wielokrotnie. Mimo to zdecydowano się np. na wprowadzenie podatku od dochodów kapitałowych, którego znaczenie dla budżetu jest stosunkowo marginalne, natomiast psychologiczne - przez odstraszenie od oferty banków - chyba całkiem spore. Obawiam się, że tendencję spadku dynamiki przyrostu depozytów może wzmacniać także inny czynnik psychologiczny - spadające do bezprecedensowo (w historii III RP) niskich poziomów stawki oprocentowania lokat bankowych. Z punktu widzenia normalnego obywatela, oszczędzanie wydaje się coraz mniej opłacalne. Mimo rekordowo niskiego poziomu inflacji, kilkuprocentowe odsetki roczne nie tylko już nie cieszą, ale wręcz zniechęcają do "ciułania". Ciekawe jednak, że niechęć owa zdaje się nie mieć jakiegoś piorunującego wpływu na popyt.

Jest także powód jak najbardziej przyziemny - przejadanie oszczędności w sytuacji, w której zaczyna brakować przychodów. Portfele są zwyczajnie coraz bardziej puste. Nie pozostaje nic innego jak trzymać kciuki za dalsze potwierdzanie pozytywnych, choć na razie krótkotrwałych, symptomów poprawy fatalnej koniunktury w gospodarce.