Inwestorzy musieli wczoraj przełknąć kolejne "kwiatki", jakie tym razem wyhodował nam zarząd Pekao. Zakończenie sesji na plusie jest przy takich złych wiadomościach dobrym sygnałem. Widać rynek coraz mocniej uodparnia się na niemiłe niespodzianki, choć poza "chwastami" z BRE (wyniki dzisiaj) nie widzę na razie nowych na horyzoncie.

Z samego rana tak wesoło jeszcze nie było, a kontrakty spadły nawet na 1035 pkt. Indeks na otwarcie także ucierpiał, realizując niemal idealnie spadek wyznaczony przez wybicie z ostatniego kanału wzrostowego. Z tego poziomu rynki szybko ruszyły w kierunku poniedziałkowego zamknięcia, w czym bardzo mocno pomogły giełdy Eurolandu. Tam ostatnie kilka dni mogliśmy obserwować spore przeceny, a bliskość ostatnich dołków i spodziewana jeszcze jedna fala wzrostowa dały w końcu trochę optymizmu, co pozwoliło naszym kontraktom wrócić w obszar konsolidacji i szczytów z poniedziałku. Na więcej nie starczyło siły, bądź to z tradycji zatrzymania wzrostu przed średnią kroczącą, bądź ze strachu przez wynikami amerykańskiego giganta Cisco.

Paradoksalnie to właśnie ta spółka, a nie nasz rodzimy okręt flagowy Pekao, może zadecydować o koniunkturze na następnych sesjach. W momencie pisania tego tekstu nie znam jeszcze wyników, więc wypowiadanie się na temat środowej sesji byłoby trochę zagraniem w ciemno. Wiadomo jest jedynie, że Cisco jest spółką mocno przewartościowaną, ale jej konferencje i prognozy są pokazem krasomówczych zdolności prezesa. Tak więc naprawdę najbardziej liczy się sama reakcja inwestorów, a nie wielkość zysku. Posesyjny optymizm w USA pozwoli kontraktom zapewne już na otwarcie pokonać średnią i zaatakować szczyty konsolidacji na 1088 pkt., natomiast rozczarowanie da ponowny test wczorajszych dołków.