Najwyraźniej nasz rynek rządzi się swoimi prawami. Być może wczoraj nie byliśmy najsłabsi w Europie (kiepsko było również na Węgrzech), ale słabe to pocieszenie. Po tak uciążliwej bessie inwestorzy oczekują każdego większego odreagowania niczym kania dżdżu, a patrząc na rosnące, zupełnie jak w jakiejś republice bananowej, indeksy giełd zachodnich (np. DAX przedwczoraj wzrósł ponad 6%) oraz drepczące w miejscu lub osuwające się rodzime indeksy, niełatwo zachować dobry humor.

Ci, którzy liczyli na Otwarte Fundusze Emerytalne, mogą poczuć rozczarowanie, zwłaszcza że w lipcu został ustanowiony rekord miesięcznych przelewów z ZUS do funduszy. Warto postawić sobie pytanie, czy GPW będzie miała dość siły, aby grać pod prąd, gdy atmosfera na rynkach światowych się popsuje (bo ciężko na razie liczyć na powrót globalnej hossy). Można mieć wątpliwości.

W dalszym ciągu brak jest fundamentalnych podstaw do takiego zachowania. Bezrobocie do końca roku może sięgnąć 20%, nie ma na razie wyraźnych sygnałów świadczących o zbliżającym się ożywieniu, a kontrowersyjne pomysły w antykryzysowym pakiecie wicepremiera Kołodki raczej nie napawają optymizmem. Trudno również cieszyć się z niedawnego obniżenia przez S&P ratingu naszego długu krajowego. Jeśli agencje pójdą za ciosem i obniżą też ocenę długu zagranicznego, to może pojawić się problem z zaspokojeniem rosnących potrzeb pożyczkowych naszego państwa. Gdy w tej sytuacji inwestorzy, studiujący raporty kwartalne spółek, widzą wyniki finansowe pozostawiające coraz więcej do życzenia, to zrozumiała staje się niechęć do angażowania swoich pieniędzy w tak wątpliwe interesy w tak niepewnych czasach.