Ubezpieczyciele mają pecha. Ja zresztą chyba też. A mówiąc dokładnie - oni mają pecha do mnie, a ja - do nich. Dlaczego? A dlatego, że jeszcze nie zdarzyło się, by moje kontakty z szacownymi instytucjami ubezpieczeniowymi były grzeczne i łagodne. Zamiast ubijania interesów wszystko zamienia się w darcie kotów. I z biegiem lat mam coraz gorszą opinię o ubezpieczycielach i ich metodach obsługi klienta.
Dla czystości wywodu pomińmy kłopotliwą kwestię, hm, nazwijmy to: dylematów etycznych przy wciskaniu (oficjalnie: "sprzedaży") polis rozmaitego rodzaju osobom, które często nie wiedzą nawet, co kupują. Pomińmy też obrzydliwą socjotechnikę; od straszenia, co to się stanie z delikwentem, jak nie będzie miał polisy, po obiecywanie gruszek na wierzbie w postaci rewelacyjnych efektów finansowych.
Dziś chciałbym zwrócić uwagę na nieprzypadkową chyba obserwowaną przeze mnie "ociężałość" w realizacji z pozoru tylko papierowych formalności już po zawarciu umowy. Kilka lat temu toczyłem małą wojnę z ubezpieczycielem, który wpłaty na poczet rachunku polisy księgował nawet z dwumiesięcznym opóźnieniem! Kasa nie pracowała dla mnie, tylko kisiła się na rachunkach przejściowych (z pożytkiem dla ignorującej mnie firmy). Cholera mnie brała jeszcze bardziej, gdy nagle podejście ubezpieczyciela - z "olewajacego" zmieniało się na niemal miłosne. Powód? Ktoś połapał się, że z takim klientem to trzeba uważać, bo jeszcze zrobi aferę w mediach. Jak w takim razie traktowani byli i są normalni klienci spoza kręgu analityczno-medialnego? Pierwsze poważne starcie otarło się o sąd, ale zakończyło polubownie - firma, jak rozumiem, antydatowała wpłaty składek rekompensując opóźnienia. Gdy sprawa się powtórzyła - umowę wypowiedziałem.
Ale, jak się okazało, to był tylko początek przygód. Od tego czasu korzystałem z "usług" dwóch innych dużych firm. I wcale nie było specjalnie lepiej. Akwizytorzy okazywali się bezczelnymi ignorantami, a ja z przerażeniem myślę, jaką wodę z mózgu muszą robić tego typu ściemniacze ludziom, którzy z finansami nie mają nic wspólnego... W każdym wypadku pojawiały się opóźnienia potwierdzania wpłat. Konieczne było upominanie się o własne dokumenty i własne pieniądze. Zupełnie niedawno zaś usłyszałem, że potwierdzenie indeksacji umowy gdzieś utknęło (czytaj: zaginęło). Ale dowiedziałem się o tym tylko dlatego, że wydzwaniałem do szanownego ubezpieczyciela. Nikt stamtąd tego nie uczynił.
Wnioski: bardzo mi przykro, ale rekomenduję daleko idącą ostrożność w kontaktach z agentami ubezpieczeniowymi. Nie tylko przed laty zajmowali się tym czasem zupełni dyletanci, a skala zniszczeń w ludzkiej wiedzy (a raczej niewiedzy) o finansach osobistych jest trudna do oszacowania. Myślę, że znacząca liczba wypowiedzeń umów sektor ubezpieczeniowy czegoś nauczy (choć warunki wyjścia sprawią, że zarobi na tym ubezpieczyciel, a nie zdegustowany klient!). Sposób traktowania ludzi przez wydające olbrzymie pieniądze na buńczuczne reklamy firmy wydaje się - przynajmniej z mojej perspektywy - momentami nawet skandaliczny.