Ożywienie będzie raczej niezdecydowane: w tym roku tempo wzrostu nie zmieniło się, a w 2003 r. ma wynieść prawdopodobnie 3%. Jednak dla znajdującego się pod silną presją polskiego rządu powolny wzrost jest lepszy niż wzrost zerowy. Dla Unii, która rozważa przyjęcie 10 nowych członków w 2004 r., każdy pozytywny sygnał to dobra wiadomość, mogąca pomóc w przekonaniu eurosceptyków do rozszerzenia.
Jednakże to oddech jedynie na krótką metę. Jeśli Polska ma być dobrze prosperującym członkiem Unii, ma zmniejszyć bezrobocie i podnieść standard życia mieszkańców, to powinna powrócić do ponadpięcioprocentowego wzrostu, jaki odnotowywała w połowie lat dziewięćdziesiątych, co było cudem gospodarczym w postkomunistycznym świecie.
Obecne ożywienie ma głównie charakter koniunkturalny, jest spowodowane głębokimi obniżkami stóp procentowych, połączonymi z poprawą kontroli finansów publicznych po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych. Aby przyspieszyć wzrost, rząd musi ożywić reformy strukturalne, które niezwykle spowolniały w ciągu ostatnich trzech lat.
Centrolewicowy rząd przeprowadził kontrolę zarządzania w niektórych państwowych przedsiębiorstwach, jednak do prywatyzacji podchodzi ostrożnie: opóźnił sprzedaż kluczowych instytucji, jak na przykład największego banku PKO BP. Rząd musi zdać sobie sprawę, że taki brak zdecydowania osłabia zaufanie przedsiębiorców, ponieważ rodzi niepotrzebne wątpliwości co do intencji ministrów.
Rząd musi również zrestrukturyzować finanse publiczne i załatać ich największą dziurę, przez którą uciekają pieniądze marnowane na rozrzutne wydatki socjalne, zwłaszcza zbędne renty inwalidzkie. Podczas gdy wielu potrzebującym należy się pomoc, inni zapewniają sobie renty z błahych powodów, często przekupując lekarza.