Obserwując ostatnie wydarzenia w naszym kraju można dojść do wniosku, że najlepszym sposobem walki o pracę nie jest zwiększanie kwalifikacji i przydatności dla pracodawcy, a rzucanie petard. Górnicy protestują przeciwko planowanemu zamykaniu kopalni. Pracownikom fabryki kabli w Ożarowie nie podoba się decyzja właściciela o zamknięciu zakładu. Obie grupy starają się o nagłośnienie swych postulatów, a chwytliwy społecznie temat podchwytują politycy. Tym, którzy wskazują, że kopalnie są nierentowne, a fabrykę zamknął właściciel zgodnie z przysługującym prawem, przypina się łatkę ludzi niewrażliwych na cudze nieszczęście.
Oczywiście, trudno polemizować z tezą, że zwolnienie z pracy człowieka, który dwadzieścia lat przepracował w tym samym miejscu, jest dla niego osobistym dramatem. Problem jednak w tym, że taki sam dramat dotyka inne grupy zawodowe. W Ożarowie pracę straciło ponad 600 osób. A, na przykład, BPH PBK ogłosił, że tylko w tym roku z pracy będzie musiało odejść ponad 2 tys. osób. Ciekawe, co by się stało, gdyby ci ludzie zablokowali na pół roku działalność banku, protestując przeciwko fuzji, której efektem była redukcja zatrudnienia. Czy policja czekałaby tyle czasu, co w Ożarowie, by umożliwić działalność banku?
W tym miejscu przypomina mi się komentarz jednego z publicystów ekonomicznych, który stwierdził, że nie żal mu ludzi zwalnianych z banku (wtedy chodziło o BRE), bo to "japiszony", które już się nachapały. Mówiąc szczerze, komentarz taki powoduje, że włos mi się jeży na głowie. Tym bardziej że wygłasza to człowiek, który jako doradca w Ministerstwie Zdrowia (wszyscy wiemy, w jak wspaniałej kondycji finansowej jest ten resort) dorobił ponad 200 tys. zł, pisząc przemówienia dla pani minister czy też prowadząc szkolenia z mediacji (sam negocjował ze strajkującymi pielęgniarkami, niestety, bez rezultatu).
Starając się zrozumieć dramat, który pcha ludzi do obijania policjantów trzonkami od łopat, chciałbym zwrócić uwagę na to, że udowadnianie przez polityków słuszności tezy "głośny może więcej", może się okazać niebezpieczne. Wyobraźmy sobie, na przykład, sytuację, w której zwolnieni bankowcy blokują banki, nauczyciele biorą za zakładników dzieci, a dziennikarze żądają od rządu interwencyjnego zwiększenia nakładów na reklamę w prywatnych gazetach i stacjach telewizyjnych. Śmieszne? Chyba nie.