Franek myśli. Janek duma. Maciej drapie się po głowie. Trudno bowiem koniec z końcem związać. Wszystkich łączy jedna sprawa, jedna myśl - tak zwaną recesję jakoś przetrwać. A dzieciaki przecież wykarmić trzeba. Żonie, choćby na jakieś tanie walczące ze zmarszczkami smarowanie, też od czasu do czasu dać wypada. Mały fiat wymaga codziennej konserwacji, bo inaczej rozpadnie się szybciej od pasztetu drobiowego. A i sami zatroskani - Franciszek, Jan i Maciej - też chcieliby od życia jakiś choćby średni kufelek dziennie przyjąć (łatwiej wówczas z troskami do przodu iść i o jutro walczyć nowe). Oj, łatwo nie jest.
Oczywiście, cała nasza trójka zatroskanych widzi, że wokół nie brakuje spryciarzy, którzy ich zmartwień, kłopotów i trosk nie mają. Nasi bohaterowie okresu recesji nie potrafią jednak przewalać. Zresztą nawet gdyby chcieli, to nie bardzo mają co. Nie licząc jedynie koksu w piwnicy, który - czy chcą, czy nie - kilka dni temu przewalać zaczęli. Obowiązkowi bowiem są i kochają swoje rodzinne stadła, toteż zamarznąć im nie pozwolą. Liczą bowiem po cichu, że ich wytrwałość zostanie wynagrodzona i wspólnie z najbliższymi doczekają gospodarczej hossy.
W jakiejś niewielkiej mierze (niewielka w trudnych czasach urasta do ogromnych) pomóc im może wiadomość, jaka dotarła do nich od zaprzyjaźnionego właściciela masarni. U niego rodziny Franka, Janka i Macieja robią cotygodniowe zakupy parówek, kaszanki i wołowego z kością (to ostatnie na niedzielny rosół). I właśnie podczas takich zakupów zaprzyjaźniony masarz powiedział im, że złotówki leżą na ulicy. A właściwie nie leżą, tylko płyną razem z uporządkowanym ruchem ładunków elektrycznych. A to dlatego, że owe złotówki zamienione na prąd - znaczy się elektryczną energię - wpadające do domowych gniazdek (a co za tym idzie do pralek, żelazek, grzejników i innych telewizorów) można sobie brać za tak zwane friko (komuniści uknuli dla takich działań określenie "każdemu według potrzeb"). Co prawda, owo friko obowiązuje tylko nocami oraz w soboty i niedziele, ale i to dobre.
Okazuje się bowiem, że sprawdzanie przez kontrolera, czy uporządkowany ruch ładunków elektrycznych jest legalny, jest dopuszczalne jedynie w ściśle określonym czasie. Zgodnie z rozporządzeniem ministra gospodarki z 11 sierpnia 2000 r. "(...) Kontrola u odbiorców energii może odbyć się tylko w godzinach od 7.00 do 20.00 z wyłączeniem dni wolnych od pracy". Tym sposobem wystarczy jedynie zrobić obejście licznika albo ten ostatni fachowo spowolnić i.... Niestety, za nasz spryt (i nazwijmy to delikatnie "brak sprytu" ministerialnych urzędników) ktoś tam kiedyś będzie musiał zapłacić. I tak, na przykład, tylko Energetyka Poznańska traci rocznie z tego powodu blisko pół miliona złotych. Skąd więc tylu chętnych na naszą polską dystrybucję energii? Skąd te prywatyzacyjne awantury? Przecież jakby "bardziej patriotycznie" będzie, kiedy zabierać będziemy Niemcowi czy Belgowi. No, chyba że obcy wezmą się też za prywatyzację słowiańskich ministerstw. Wtedy zęby w ścianę...